A. Moja teoryjka na temat snu
Wiadomo, że sen obiektywnie, w porównaniu do trwań procesów świadomych na jawie, trwa bardzo krótko, wprost niesamowicie w stosunku do treści, kiedy go się zaś przypomina, zdaje się zawierać otchłanie czasu w stosunku do bogactwa i konieczności zajmowania dużych wycinków czasowych przeżyć w nim zachodzących.
Zdarzyło mi się niedawno zrobić obserwację nad czymś w rodzaju półsnu, a raczej dosłownie „snu na jawie”, która zdaje się potwierdzać moją dawną, sprzed dwudziestu lat, podaną tu teorię: przez jakąś część sekundy przelatywał cały „gomon” zdarzeń dziejących się jakby w jakimś izolowanym od rzeczywistości (która ani na chwilę trwać nie przestawała) światku, o niesłychanie szybkich i na jawie niemożliwych do utrwalenia przebiegach zdarzeń (zarówno z powodu szybkości, jak i nikłości tego zjawiska w stosunku do niej); w czasie snu nic nie przeszkadza utrwaleniu się w pamięci przesuwającego się ciągu zdarzeń — nie jest on zabity z punktu przez nałażącą nań rzeczywistość.
Otóż moja teza jest, że nie istnieje bezpośrednie, aktualne przeżywanie snu jako takie, poza końcowymi może jego momentami, kiedy już w czasie powolnego budzenia się (np. na skutek gwałtowniejszego, wywołanego zbyt intensywną wizją, ruchu ciała) rzeczywistość włącza się do przebiegu samego marzenia sennego i ostatecznie wytłamsza je całkowicie. Nawet jeśli we śnie mówimy sobie: „O — teraz śnię. Mogę sobie pozwolić na wszystko, bo to tylko sen”, nawet wtedy — powtarzam — nie przeżywamy tego w samej chwili dziania się, tylko rozwijamy cały przebieg później, jakby z rolki czy na kształt wachlarza, w postaci wspomnienia od stanu ostatniego w tył aż do niewyraźnego początku. Właśnie to jest charakterystyczne: to odwijanie snu w tył, tylko zaraz po obudzeniu się skuteczne. Jeśli otworzymy oczy lub najmniejsze wrażenie dojdzie nas z zewnątrz — sen, tak silny i żywy jeszcze w końcowym momencie, i w nieodwiniętych, zaznaczonych tylko w zabarwieniu teraźniejszości gąszczach potencjalnych, rozwiewa się jak mgiełka uderzona twardą ogromną masą. Sen istnieje tylko jako wspomnienie, czyste wspomnienie niebyłej rzeczywistości — nie mamy poczucia, że wspominamy coś byłego — mamy tylko i jedynie samo wspomnienie jako takie. Dlatego to fakty rzeczywiste przypominane bez wyraźnej lokalizacji w przebiegu zdarzeń, wspomnienia bez pamięci realnego odpowiednika w jakimś punkcie życia mają wybitnie ten sam charakter specyficznej dziwności, co marzenia senne; zdarzało mi się często w wypadkach takich zastanawiać się nad tym, czy daną rzecz śniłem, czy też to było kiedyś naprawdę. I z chwilą przypomnienia sobie rzeczywistego odpowiednika, w momencie włączenia danego wypadku w realną ciągłość przeszłości, charakter dziwności sennej znikał momentalnie. Drugą dziwnością snu, która była dla mnie dawniej niesłusznie sprowadzalna do wymienionej, jest ta, której sens istotny ukazał mi dopiero Freud poprzez doktora de Beaurain; polega ona na tym, że sen symbolizuje (i to czasami w sposób powszechny dla wszystkich, tzn., że w tych samych symbolach występują te same treści u różnych osobników) podświadome, utajone treści psychiczne, dotyczące ważnych wypadków z przeszłości, zapomnianych jako takich urazów głębokich, przeważnie bolesnych i ponurych przeżyć. Dlatego to np. we śnie spadnięcie szklanki ze stołu wskutek nieumyślnego potrącenia jest niesprowadzalnie dziwne i tajemnicze, bo symbolizuje treść, która w widomym „kształcie” (w najogólniejszym znaczeniu) zdarzenia się nie zawiera: dajmy na to (jak to mówią) wyraża to życzenie, aby śniący przypadkiem, niby to bez winy, zamordował kogoś, na którego śmierci mu zależy (a i tak jest kruchy jak szkło, np. stary lub chory). Do życzenia takiego nikt by się w normalnej świadomości nie przyznał, ale z chwilą kiedy w skojarzeniach ono wystąpi, to znaczy, że tak jest bezwzględnie. Kryterium prawdy jest tylko w swobodnym, niezasugerowanym skojarzeniu wyobrażeń.
B. Who is who?
To nie jest nic tak bardzo znów tajemniczego ani nieprzyzwoitego: jest to wszechświatowa księga adresowa wszystkich, żyjących oczywiście (bo co nam po adresie zmarłego?), mężów stanu, finansistów, bankierów, przemysłowców, uczonych, literatów, malarzy, muzyków itp. — w ogóle wszelkich wybitniejszych snardzów w danym kraju, zawierająca krótkie ich charakterystyki, wydawana przez jakąś tam instytucję wydawniczą w Szwajcarii. Jest podobno taki Who is who180 naprawdę wszechświatowy, który jest ekstraktem takich gorszych wydawanych specjalnie dla różnych krajów. Ja znam (i jestem w nim także — no tak, czego się śmiejesz, idioto?) tylko jeden z takich gorszych, w którym jest, obok Polski, Austria, Grecja, Albania, Lichtenstein, Finlandia itp. Dostałem raz blankiet do wypełnienia — widocznie redakcja kieruje się encyklopediami danego kraju — zlekceważyłem to — dostałem drugi raz — wypełniłem. Co mi tam ostatecznie — korona (ślachcicka, psia ją mać zatracona) z głowy mi od tego nie spadnie, i ujrzałem swój skromny życiorys w ładnej książeczce; może nawet przez chwilę zrobiło mi się przyjemnie — czort wie — człowiek ma słabostki — chodzi o to, aby je znać, widzieć jak na dłoni i nie ukrywać ich przed sobą, jak to przez dziką pychę czynią zwykle teozofowie. Ostatecznie jechano na mnie jak na burej suce całe życie, ledwo żyję finansowo pod koniec życia, „może mi ta i beło, wicie, przijemno” — czort wie. Ale prócz siebie zobaczyłem tam dużo rzeczy ciekawych. Książka ta jest, że tak powiem, „wolnym” przyczynkiem do mojej teorii puszenia się: watowania się i kołpaczenia Polaków — po prostu wstyd. Więc ja podałem, że jestem „Philosopher”, bo nim jestem, cóż ja winien jestem, że rodzina mojej żony jest aż w Almanachu gotajskim (tzw. niemieckie „Uradel”), co w wymiarach snobistycznych jak dla takiego trochę tylko po kądzieli skoligaconego szerepetki181 jak ja jest już zaszczytem nie lada (tu cały mój bardzo powierzchowny snobizm wyłazi i od razu się kończy — nie ma go więcej) — przecie ożeniłem się z nią nie dlatego właśnie (a może, może — o, do cholery! — e — chyba nie). Cóż zrobię dalej na to, że aby przed wysyłką na front być w Pitrze, gdzie miałem krewnych182, wstąpiłem do gwardii — ale „za to” pułk mój, Leib-Gwardii Pawłowskij Połk, zaczął pierwszy Wielką Rewolucję Rosyjską. Cóż zrobię, że dostałem za bitwę pod Witonieżem (jedna z najkrwawszych na tym froncie) Annę 4 klasy, która wtedy poszła dużo w górę w cenie w stosunku do początku wojny. To są fakty — przy czym wypełniłem odpowiednie rubryki kwestionariusza — mam wrażenie, że nic mi zarzucić nie można. Ale inni — pożal się Boże — po prostu skandal. A więc:
1. Znany poeta pochodzenia semickiego (i z tego zwykle dumny) pisze, że pochodzi po prostu „z bardzo starej rodziny” i że jest członkiem klubu tenisowego. Każdy pomyśli, że to jakiś wprost hrabia nieużywający tytułu (był taki jeden u nas: Mychajło Tyszkiewicz, a obecnie jest taki jeden Potocki).
2. Drugi znany poeta, tegoż pochodzenia (przeciw któremu to pochodzeniu ja osobiście nic nie mam, uważając antysemityzm za coś nieludzkiego, a jako politykę za krótkodystansowe głupstwo mogące mieć fatalne następstwo dla kultury polskiej), pisze, że jest autorem sztuk, mimo że pisał tylko dla zarobku skecze do kabaretów.
3. Wielki uczony podaje, że żona jego jest córką baroneta angielskiego, ale nie podaje, że baronet ów jest profesorem w koloniach, skąd pochodzi, i że tytuł „Sira” zdobył za naukę, co byłoby prawdziwie zaszczytne. Sam o sobie pisze, że jest z „gentry” i dodaje „autochtoński” wyraz: „szlachta” — po co to? Czy to naprawdę taka cenna spuścizna?
4. Wielki pisarz i wielki działacz socjalistyczny i niepodległościowy wali po prostu, że jest synem „land-lorda” — tzn. grubszego posiadacza ziemskiego (w Anglii jest farmer, land-lord i lord-magnat). Ale na Polskę brzmi to imponująco. Ja rozumiem: on chce dać do zrozumienia, że będąc synem owego land-lorda poświęcił się dla sprawy, a nie rekrutował się ze sfer robotniczych. Owszem — ale właściwie po co to w krótkiej charakterystyce?