5. Moja kuzynka, osoba zresztą dość nawet inteligentna, która napisała parę artykułów i jedną broszurkę, nieprzedstawiającą nic oryginalnego, wali (w ogóle po co ona jest w tym Huishu, nie wiadomo): „autor of books and articles”, a potem chwali się (przed kim?), że jest krewną znanego aktora w Londynie, że dziadek jej, Jan Witkiewicz (i to nieprawda, bo brat dziadka), był wielkim (to prawda) awanturnikiem w Afganistanie (faktycznie dziwna to postać, jedyne wcielenie Wallenroda — z zesłańca, cudem przez Humboldta wyratowanego z karnych batalionów, zostaje adiutantem hr. Perowskiego, gubernatora Turkiestanu, wywołuje bunt Afgańczyków w Khaboulu, rzeź czterech tysięcy sipajów angielskich; o mało nie wybucha wojna angielsko-rosyjska. Wezwany do Petersburga zostaje tam z rozkazu kanclerza Nesselrodego zamordowany — dla Polaków ciekawa historyjka i dlatego ją tu opowiedziałem, ale w międzynarodowym almanachu co kogo — jeśli już w ogóle — obchodzi, że pani ta jest wnuczką takiego człowieka, co jest w dodatku blagą).
6. Pewien profesor politechniki wali sobie „de” przed nazwiskiem, kiedy w ogóle nie wiadomo, czy kiedy smród ślachcicki naprawdę wąchał.
Co ruszyć jakiego Polaka, to wyłażą takie historie o pochodzeniu, że zdaje się, iż wszyscy to jakieś lordy co najmniej, a puszą się i w innych sferach „co-nie-miara”. A poczytać o jakim Albańczyku czy Finlandzie albo zgoła o Austriaku czy Lichtensteiniarzu — wszystko przyzwoite snardze — nikt się nie puszy, tym jest, czym go siła niewiadoma i on sam stworzyli, czy Stahremberg, czy Carnap, czy baron Fey, czy Schlick. (Po śmierci dopiero biednego Schlicka dowiedział się świat, że był on hrabią niemieckim, a że Neurath jest baronem, też z tej książeczki się nikt nie dowie.) A u nas — co by to krzyku było, żeby np. Słonimski był hrabią, a Tuwim księciem krwi183. A do tego jakieś dziwne postacie, które już zupełnie do Huishuju nie pasują: prócz wymienionej uroczej kuzyneczki mojej (stosunki zerwane oczywiście) jakiś dyrektor poczty z Krakowa, aptekarz ze Lwowa itp. Nic nie mam przeciw nim, ale po co? Rozumiem, że jest (obok mnie np.) Roman Jaworski, ale co robi poczta krakowska albo właściciel apteki we Lwowie, przy całym szacunku dla tych instytucji jako takich, nie rozumiem. Chyba to „government party” obok nazwiska usprawiedliwia wszystko. Mała rzecz, a wstyd. Publiczną analizę mojego snobizmu (dekoracyjnego, farsowego) zostawię w moich pamiętnikach pośmiertnych. Dość o tym, ale „Beitrag” jest świetny.
C. Problem łaźni parowej
Stała rozmowa, która mnie do wściekłości doprowadza. Ja: „Chodzi pan do łaźni?”, On (Ona): „Nie, ale kąpię się”, niektórzy dodają: „co dzień”, inni raz na tydzień, na dwa, na miesiąc, raz w rok koło Zielonych Świątek. Co dzień brać gorącą wannę to jest przesada i to jest nawet niezdrowe. Wyszorować się co dzień, można pod prysznicem w łazience, w tubie, w blaszanej dużej miednicy, w balii, ale siedzieć po pół godziny w gorącej wodzie — to jest ryzykowne. Mógł sobie na trzy wanny dziennie pozwolić Napoleon I z jego „Überschuss an Energie184”, ale normalny Polak nie. Jestem za wanną co tydzień, a za myciem się „na cało” mydłem i ewentualnie szczotką Sennebaldta z Białej co dzień. Ale jak ktoś mi powie, że nie był nigdy w łaźni, a jest w dodatku już po czterdziestce, to naprawdę w mordę bym prał niechluja dla jego dobra do krwi — dodaję: niechluja raczej we- niż zewnętrznego. Bo łaźnia to jest tak jak mycie się szczotką od wewnątrz, szorowanie organów wewnętrznych, ścięgien, stawów, mięśni, nerwów, po prostu samych komórek. A cóż dopiero, jeśli jest to połączone z masażem takim, jaki robi genialny wprost w swoim fachu Jan Wawrytko w łaźni miejskiej w Zakopanem. Człowiek wyje, każdy mięsień, każde ścięgno zdaje się wydobyte i obszczypane. Ale za to potem ofiara Wawrytki czuje się tak, jak łożysko kulkowe świeżo wymyte naftą i naoliwione. Wszystkie świństwa wychodzą z człowieka razem z potem — wszystkie organy zaczynają żyć na nowo, przemiana materii staje się prawidłowa, usuwają się wszystkie złogi kwasów i spowodowane przez nie artretyczne zgrubienia członków. Kto po czterdziestce nie zacznie chodzić co najmniej raz na miesiąc do łaźni parowej, jest kretynem (chyba że wada serca czy choroba płucna mu na to nie pozwala, to trudno — na to nie ma rady). Powiedzenia takie: „Ja nie mam czasu, ja się brzydzę widokiem innych ciał” itp. powinny być wyeliminowane. Nikt nie może przewidzieć, jak przedziwne skutki może mieć dla niego znienawidzona z początku, a potem tak „kochana” łaźnia. Ale najgorsze jest to powiedzenie: „przecież ja się myję” — to wściec się można od takiego niezrozumienia jednego z najwspanialszych, przez naturę nam w postaci naturalnych gorących źródeł poddanego wynalazku. Twierdzę, że mała ilość artretyków i wariatów w Rosji, w przeciwieństwie do pierwszego w Anglii i drugiego w krajach północnych, polega na tym, że Rosjanie zawsze pijali prócz kolosalnych dawek wódki (zdrowsza niż wino) również kolosalne ilości lekkiej bardzo herbaty, a przy tym co tydzień chodzili do łaźni — to jest najważniejsze. W ten sposób wypacali (i pewno wypacają i teraz) wszystkie świństwa, które wódka w ich organizmach wytwarzała. W ogóle działanie środków moczopędnych (kofeina mimo wytwarzania ciał purynowych, szkodliwych na artretyzm, kompensuje to właśnie tą swoją właściwością) zostało teraz jakby więcej ocenione. Z powodu własności moczopędnych kofeiny herbata uznana została za używkę jeśli nie korzystną, to w każdym razie nie tak szkodliwą, za jaką ją miano dawniej z powodu przetwarzania się kofeiny w materie wywołujące artretyzm przez wytwarzanie nierozpuszczalnych moczanów będących przyczyną złogów w stawach i mięśniach. Mam wrażenie, że krótkie i rzadkie (do dwóch tygodni najwyżej, raz na pół roku) nałogowe picie piwa w dużych ilościach (do dziesięciu bomb dziennie), które ja uprawiam, też doskonale działa na artretyzm, ale jest to tylko hipoteza, którą należałoby sprawdzić, jak również poznać dokładnie działanie nieznanych alkaloidów chmielu (lupuliny i innych). Nie polecam nikomu tego procederu, wyjątkowo tylko prawdziwym tytanom antynałogowości w okresach wielkich radości lub wielkich smutków; możliwe, że brak artretyzmu w „piwnych” częściach Niemiec, a rozpowszechnienie go w „winnych” i we Francji (patrz cała „Biblioteka Boya”) polega też na tym. Są to rzeczy do zbadania, i to nie przez laików mojego pokroju.
Jeszcze inny rodzaj śmisznych „ludzieniaszków”185 mówi: „Ja nie mogę — nie znoszę gorąca”. A któż je znosi w tym stopniu od początku? Trzeba się powoli przyzwyczaić i co do siły pary, i czasu, a wtedy pokocha się łaźnię i tęsknić się do niej będzie jak do żarcia, picia i tym podobnych rzeczy.
D. Wady
Jeszcze raz chcę zwrócić tu uwagę, że co innego jest człowiek z wadami wrodzonymi, a co innego jest typowa niemyta dusza, reagująca swymi kompleksami poza kontrolą intelektu i zwyczajnego rozumu, tzw. „chłopskiego”. Otóż może być osobnik mający wady, które on właśnie za swoje zalety uważa. Ale są to rzeczy głęboko mu organicznie wrodzone, stanowiące integralną część jego istoty; on jest zrośnięty z nimi jakby w jedną bryłę i nie ma nawet żadnych środków dla spojrzenia na siebie z boku i zobaczenia tych właściwości swych jako wad właśnie. Takie typy zdarzają się raczej wśród pykników, chociaż i pewne typy schizoidów mogą tu też być zaliczone; do wad pierwszego rodzaju będą np. należeć: rozrzutność, lekkomyślność, samochwalstwo, brutalność; do drugiego: despotyzm, fanatyzm, doktrynerstwo, skąpstwo, skrytość, zamknięcie się w sobie186, okrucieństwo itp. Są to albo właściwości „pierwsze”, albo też dodatkowo towarzyszące innym, bardziej pozytywnym. W każdym razie typy takie do pewnego stopnia nie odpowiadają za wszystkie ujemne skutki, których charaktery ich dostarczają otoczeniu — są takimi, bo być nimi muszą. Wielka siła danych pierwotnych, przy małej zdolności do analizy, widzenia swych wad, nawet przy dość wybitnej silnej woli, nie pozwala im poprawić się z błędów — nie dostrzegają ich i koniec. Często uważają się typy takie za doskonałości w swoim rodzaju, będąc właściwie plagami dla swego najbliższego otoczenia. Inny typ stanowią ludzie o charakterach ujemnych, którzy nie mając żadnych etycznych zastawek, prócz tych najogólniejszych, które chronią od zbyt już jawnie kryminalnych postępków, a przy tym posiadając dokładną znajomość wad swych jako takich, obliczając na zimno korzyści, systematyzują wady te w pewien zespół, dający im przewagę w kwestiach życiowych w ten czy inny sposób, w każdym razie ujemny, jeśli chodzi o drugich. Znałem wielu takich osobników, którzy pozornie robią wrażenie — o ile się po latach ich ogląda — zatrzymanych jakby w wewnętrznym rozwoju (często pojawia się zjawisko to u Polaków żyjących za granicą, wybitnie u polskich nałogowych paryżan), a których wady — zamiast ulec uświadomieniu i częściowemu choćby zniszczeniu przez pracę nad sobą — kulminują w rozwoju swym w postaci całego systemu, stanowiącego już jeśli nie najgorszego gatunku maszynę zdobywczą, to w każdym razie tandetny wał ochronny lub zbroję, która może nawet mieć czasem tradycyjny rycerski wygląd, będąc w gruncie rzeczy zbiorem starych rondli, miednic czy urynałów, kawałów jakichś oberwanych dachów czy płyt od wypalonych dawno rusztów. Trzeba odróżnić oba tamte typy od człowieka, który, przy pełnej znajomości wad swych, pewnych z nich np. nie jest w stanie się pozbyć mimo nawet usilnej pracy nad sobą: podnosi się i zapada znów i życie jego wskutek tego staje się pasmem ciągłych wzlotów i upadków, które powodują, że linia wypadków zewnętrznych przybiera fantastyczną zygzakowatą lub pogmatwaną formę, będąc funkcją — niedostrzegalną często dla drugich — wewnętrznej szarpaniny. Ale nade wszystko trzy wymienione rodzaje odróżnić należy od typu będącego tematem głównym tej pracy: typu węzłowiskowego, który ma wady chwilowe zależnie od danego okresu życia lub ograniczone do pewnych reakcji (np. jest brutalny i niedelikatny — odróżnić te dwie rzeczy od siebie, gdy chodzi o malarstwo, kwestie erotyczne lub matematykę). Zaraz to wytłumaczę: np. dany snardz jest złośliwy tylko w chwilach niepowodzenia, bo wtedy działa specjalnie silnie jego węzłowisko upośledzeń: jest np. brutalny (otwarte chamstwo) lub niedelikatny (zamaskowane, udające co innego — czasem np. dyskrecję właśnie — włażenie komuś w majtki, mówienie rzeczy przykrych pod pozorem obiektywizmu lub weredyctwa187), gdy chodzi: 1. o malarstwo, bo miał być malarzem w młodości i chciał być sławnym, i to mu się nie udało; 2. o erotykę, bo ma krótkie pałąkowate nogi lub jedną nogę uschniętą i 3. o matematykę, bo jest ona dla niego jedynym sposobem okazania swej wyższości nad innymi. Ale ten typ nie wie przeważnie nic o tym, co popełnia. Uświadomiony powinien przestać — jeśli nie, to znaczy, że jest drań. A z draniami nie należy się zadawać, choćby byli nie wiem jak przepełnieni tajemniczym urokiem życia — tę radę daję wam znad grobu ostatnim wysiłkiem stygnących ust. Do widzenia.
E. Harmonijny rozwój osobowości
Wymieniona w tym tytuliku istność była podobno ideałem Hellenów, o których wiem zbyt mało (poza filozofią ichnią), aby się nad nimi rozwodzić. Sądzę jednak, że ideał ten, szczególniej w dzisiejszych czasach, godnym jest pewnego zastanowienia. Oczywiście dla kilkuset ludzi, którzy resztę swych ziomków planetarnych uważali za robocze bydło lub nawet za nawóz dla siebie (i dziś są tacy, niestety), ideał ten mógł być łatwym do spełnienia przy pewnym egotyzmie i specjalnej, związanej z nim tablicy wartościowania i przy ówczesnym o owej harmonii pojęciu. Wiele zmieniło się od owych czasów, ale mimo wszystko nie warto nawet w najokropniejszych warunkach (łatwo mówić, więc co: obóz koncentracyjny, zapluskwione glinianki, głód, mróz, wszy — może nawet i tak — zależy od siły woli) tracić go z oczu, bo przy pewnej transformacji wartości greckich co innego nam pozostaje prócz zarabiania na chleb, dbania o naszych bliskich, starania się o możliwie pełne i skuteczne uczestnictwo w życiu społecznym, jak nie ten właśnie harmonijny rozwój naszych osobowości, który ostatecznie jest celem wszystkich transformacji społecznych: chodzi o szczęście osobiste wszystkich indywiduów, a nie szczęście jakiegoś bezindywidualnego mrowia, które nazywamy w skrócie społeczeństwem czy ludzkością. To są banały, ale jakże często o nich zapominamy. Polska jest organizmem nierozwiniętym równomiernie. Oczywiście, wobec fizycznego charłactwa188 dobrze jest propagować sport, ale nie należy nim zagłupiać młodzieży na glanc, rozdymając go do granicy najwyższej skali wartości i robić z niego najwyższego celu życia, i doprowadzać do zupełnego upadku intelektu, co przy naszej strukturze społecznej mści się w sposób fantastyczny na dalekich dystansach. Skutki ogólnego antyintelektualizmu możemy obserwować już na przestrzeni lat osiemnastu. Jeśli komu nie wystarcza ta degręgolada (albo degryngolada — albo fonetycznie lub pisowniano), to jest zaiste wymagający, prawdziwie morowy chłop.