F. Puder i szminka

Polecam paniom (a nawet mężczyznom po goleniu), aby nie używały pudrów kupnych, nie nawalały na twarze ohydnych masek, bo sobie popsują przedwcześnie podmaszcza i wyć będą potem po (samotnych) nocach, jak stare wyliniałe i parszywe suki. Twarz nie powinna być pokryta pudrem, tylko napudrowana tyle, żeby nie świeciła się jak samowar, po czym puder powinien być starty. Wystarcza zwykła mączka ryżowa i puszek (a nie te ohydne, brudne, zaklejone kokocim sadłem poduszki jakieś, którymi się wciera w tę nieszczęsną mordo-skórę wszystkie możliwe świństwa). Sam używam tego od czterdziestu lat i kilku i cerę mam, mimo pewnego wieku, mówiąc z lekką przesadą, jak piętnastoletnia dziewczyna. A robienie sztucznych usteczek w kształcie serca, i to jeszcze karminem, a nie koralem, jest ohydą ponad wszelką miarę paskudną. Nie widać ust, tylko jakieś wstrętne malatury, spomiędzy których łypnie czasem zdechło-fioletowy, przez kontrast, język czy dziąsła. Fu!

G. Swetry i okulary

Ludzie są jednak kretyny. Można widzieć snardzów, i to starszych, którzy całe życie w futrach w mróz chodzili, gdy w Zakopanem (ale już w Kocmyrzowie nie) w dwadzieścia stopni mrozu, w pochmurny, wietrzny dzień, zmarznięci na kość chodzą w marynareczkach i w szalikach na szyjach. Po co to i co komu z tego przyjdzie? Podobnie np., tylko na odwrót: snardz młody i nawet (wyjątkowo) inteligentny w potworny upał, kiedy człowiek chętnie nago by chodził, idzie w koszuli zapiętej z krawatem, a na to nasadzoną ma kamizelkę włóczkową dlatego, że się nazywa ona swetrem. Co innego np. po wieczornym tenisie, ale nie w południe przy trzydziestu pięciu stopniach w cieniu. Kołem łamać tego, co te modki powprowadzał. Z balkonu mego często obserwuję rzecz potworną (zresztą widzę to i na wycieczkach, ale tu chodzi o źródło) — ludzi niechcących używać żółtych okularów na śniegu. A nikt ich nie nauczy tego, że to jest potworne marnotrawienie wzroku. Odnośny kretyn (lub kretynka) mówi na uwagi co do tego z uśmiechem wyższości, typowym uśmiechem kretynki: „Mnie się oczy nie męczą — ja nie potrzebuję”. Otóż zrozum, szanowna idiotko, że oko powoli się przystosowuje i subiektywnie często np. cały dzień zmęczenia nie czuje, a wieczorem występuje lżejsze lub cięższe zapalenie spojówki. Ale nie dość na tym: oko się nie zmęczy przez jedną zimę, dwie, trzy, ale na czwartą zacznie oko kretyna chorować, a w całości przyśpieszy to kretynowi oślepnięcie starcze o jakie lat piętnaście. Nawet na trotuarach miejskich odbite słońce razi, a cóż dopiero na śniegu. Tu nie chodzi o samo słońce — na lodowcach alpejskich ślepną ludzie w mgłę; tu chodzi o spolaryzowane przez odbicie od śniegu światło, posiadające wściekłą siłę chemicznego działania. W przeszłym roku oślepł jakiś snardz na Kondratowej Hali i zaczął widzieć tylko czerwono-białą mgłę. Było to chwilowe porażenie siatkówki, ale może być i trwałe. Wył, ryczał, modlił się i płakał, i zaklinał się, że nigdy już, no i przejrzał — ale równie dobrze mógł skończyć ze wzrokiem na zawsze. Ale kto ma uczyć? Otóż widzę często szkółki narciarskie po trzydzieści do czterdziestu osób, z których jedna, może dwie czasem osoby mają ochronione oczy. Wyrypiarz-trener, kretyn, oczywiście sam bez okularów też, bo co mu tam: on i tak jest w trzydziestym roku skończony facet, o sfajtanych (t, tajfun, taniec) klapzdryglach i przechwistanych sztok-bumpslach i oczy mu są niepotrzebne. Więc kto ma uczyć tych nieszczęśników, którzy „dla głupich desek” oczy chcą przemarnować, jeśli nie ich instruktor? Domagam się specjalnych kursów higieny dla instruktorów.

Przypomina mi się słynna pieśń „poety” o Motyce (Zdzisiu):

Motyka, Motyka (w) nikogo nie (w) tyka.

Nie pije, nie pali, na nartach pomyka.

Motyka, Motyka bees kie banował189,

Coś lo głupik desek190 młodość przemamował.

H. Ostatnie rady dla samogolących się