1. Mydlić twarz, aż póki ręka nie opadnie ze zmęczenia. Świetne jest nasze mydło „Angola”, tylko można by zrobić inne papierki obwijające, wzorując się na mydle „Colgate” np. Najlepsza gruba cynfolia i koniec. Po co ten papierek cienki, który przylepia się do mydła i który trzeba potem odrywać. A propos, dobry materiał idzie czasami w parze z fatalną „oprawą”, exemplum: wspomniane mydło, butelki rozlewające naokoło atrament (wspaniały!) „Iskry” Karmańskiego — jakieś niedomykające się klapki, niedopasowane i przedwcześnie zagwanderowane brandszlajchy, gnypalstwo i fazdrygulstwo itp., itp. wszędzie. Są wprawdzie pastele (nareszcie) i ołówki Majewskiego, czekolada Wedla, lokomotywy Cegielskiego191, moje psychologiczne portrety192 (ach, pardon! — Selbstlob stinkt193), ale to wszystko mało, mało, mało! Gdybym mógł o tym krzyczeć, jak Kiepura ze szczytu auta, to byłoby wspaniałe — niestety nic z tego: ma vie est completement „inquiepourrissable” et „incourrierecable”194.
2. Na moje pytanie, czy używa języka przy goleniu, pewien dyrektor browaru odrzekł dumnie: „Mam go na inne cele”. Nie wiem, co myślał, w każdym razie kilka obecnych pań zarumieniło się. Ot, jak zwykłe płoche kobietki, panie tego (inne znaczenie miałoby to zdanie in einer total Kobittenlosen Gesellschaft195). Otóż ten prymitywizm golenniczy u wybitnego „skądinąd” przemysłowca jest czymś naprawdę oburzającym. Baczność! Słuchać! Golić się trzeba pod włos od razu, zbadawszy przedtem dokładnie topografię twarzy (jak mój przyjaciel Marcoussis badał topografię obrazu), tzn. wiedzieć, w którą stronę włos rośnie. Niech zamilkną szczekacze twierdzący, że raz trzeba się golić za włosem, a drugi raz pod włos — jest to tylko niepotrzebne rozdrażnianie skóry i nerwów: przy dobrym namydleniu się (do omdlenia ręki) problem ten nie istnieje. Następnie koniecznie przy goleniu w ten sposób wąsów trzeba wydymać podwąsowe tereny (lepiej nie całe policzki, tylko przy pewnym zwężeniu narządów pyszczkowych samo podwąsie) powietrzem ścieśnionym w jamie ustnej (która często przypomina jamę kloaczną: zęby lub żołądek — uwaga!), zaś tereny podbródkowe wypuczać przy pomocy podkładania pod nie z całej siły owego języka. Przy czym ostrze ma mieć kąt 45° do kierunku ruchu żyletki. Skończyłem i żeby mi już więcej nie było takich objawów, bo wpadnę we wściekłość i będzie źle — bardzo proszę!
I. Jeszcze jedna z rzeczy ważnych w każdym ustroju społecznym: „klan wyjącego psa” tryumfuje nad tzw. „intelektualistami”, którzy są potrzebni wszędzie; problem radia
Kiedy mi pierwszy raz o radiu opowiadał pewien snardz197 (znakomity zresztą rzeźbiarz), od razu pomyślałem sobie, że coś jest niedobrze. Jako człowiek pracujący głową nie znoszę zbytecznych zorganizowanych hałasów, które tak znakomicie umajają życie przeciętnie bezmyślnemu stadu. Dla muzyki jako dla Czystej — nie bebechowo pojmowanej — Sztuki mam najgłębszy szacunek, jak dla każdej ze sztuk w ogóle, mimo że ich sam prawie obecnie nie potrzebuję, ale jak to wspomniałem wyżej: 1. w ogóle zobojętniałem dla sztuki, widząc, że naprawdę się kończy, a 2. z muzyką jestem w złych stosunkach osobistych: przestałem ją muzycznie pojmować i albo mnie nudzi jako nieartykułowany chaos, albo nieprzyjemnie bebechowatym swym elementem denerwuje. Ale to, co się dzieje z radiem, jest szkodliwe dla muzyki jako dla sztuki i szkodliwe dla całej ludzkości — jako zagłupienie denerwującym lub usypiającym wszelką czujność wewnętrzną co do oceniania wartości hałasem. Sam czułem, że dla muzyki to nie jest dobry wynalazek: może ją popularyzować, ale musi obniżyć jej ogólny poziom — trudno — jest to zdaje się nie-do-uniknięcia i mimo że muzycy, którzy w tej kwestii głos zabierali, zostaną przez „klan wyjącego psa” (tzw. Ka-Wu-Pe) zakrzyczani, oni to istotnie rację w tej kwestii mają.
Wszyscy siedzą w biurach od rana — mało kto pracuje w domu, tzw. „państwo” wychodzą i tzw. „służba” puszcza sobie głośniki i gramofony od samego rana. Nawet w zimie, przy szczelnie pozamykanych oknach, wciska się wszędzie zmieszany, rozedrgany, bebechowy, zmysłowy rozgwar muzyczny, uniemożliwiający prawdziwe umysłowe skupienie. Wszystko jest przesycone drgającymi na wierzchu krwawymi bebechami, które krzyczą, wyją, jęczą, zawodzą i ryczą. „Ta pani jest, słowo daję, cudna... ta chwila nigdy nie wróci... ten urok zabija niesamowitą rozkoszą... ta chodźmy tańczyć uroczne tango unoszące w niepowrotny żal minionych chwil... ta jak się pani ślicznie śmieje” itp., itp. Oto słowna treść tej atmosfery, w której dziś musi pracować tzw. „intelektualista”. Oczywiście tamtych jest większość, ale ci znów są rzadcy i bez nich byłoby całkiem parszywie. „Sekcja (czego?) ochrony intelektu przed wyjącym psem” powinna być ugruntowana, bo inaczej wszystko zejdzie na jeszcze gorsze psy (na parszywe kundle) niż dotychczas. Intelektualista musi wybierać: albo a) siedzieć w lecie przy zamkniętych oknach (prawo powietrza w mieście — rzecz pierwszorzędnej wagi), a i tak głośniki wciskają się przez wszystkie szparki i otworki i „fond” namiętnej (przeważnie wyjący pies nie lubi Bacha, Beethovena i Szymanowskiego), bebechowej muzyki przeważa jako nastawienie do pracy nad tzw. „dobrem ludzkości” lub „zagadką bytu”, albo b) poddać się przy pracy swej gustowi służącej198 swego przypadkowego „wizawi” i słuchać, jak jakiś ohydny bebechowy au plus haut degré199 tenorek III klasy wyje:
Ty moja, ach — ach, przeciem ja utracił ciebie,
Ach, w tej miłości, ach, ja byłem, ach, jak w niebie,
Rozstanie to zabija me uczucie tak,
Że jestem teraz taki zwykły, smutny sobie flak itd., itd.
Gdyby to jeszcze taka pieśń, ale są stokroć i tysiąckroć gorsze. Po prostu ohydny, śmierdzący bebech ludzki — łzawi, krwawi, prątkuje, spermkuje, mra i głobi na tysiące sposobów po wszystkich płytach i nie-płytach (tzn. oryginalnych występkach) świata. Dobrze — są kretyny, które tym tylko żyją, ale czemu do życia tym świństwem mam być zmuszony ja — dlatego że chcę w mieście łyknąć trochę względnie (o, jakże względnie!) świeżego powietrza. Więc albo zamknijcie okna i ściszcie (to nade wszystko) głośniki, słuchajcie na słuchawkach, albo nie grajcie wcale. Ale ja mam wrażenie, że prócz zwykłych idiotów istnieją świadomi dobroczyńcy ludzkości: mają dobre głośniki i chcą się ich działaniem ze wszystkimi podzielić; ci są, zdaje się, najgorsi. Poza tym, że narzucają swój program: ja chcę (dajmy na to — ja w ogóle nic nie chcę — ja chcę spokoju) mszy żałobnej w Barcelonie, a on mi puszcza śpiewy przy zbiórce kukurydzy w Argentynie; ja chcę w ogóle mszy świętej, a on mi tango z Savoyu lub na odwrót, a przy tym głos to narkotyk, prawdziwy narkotyk — im dalej, tym głośniej, wymaga on coraz większych dawek jak morfina lub opium, i to jest najgorsze: ludzie głuchną powoli sami nic o tym nie wiedząc i to, co dla jednych jest już potwornym rykiem, dla nich jest łagodnym nuceniem z surdinką. Są ludzie (o ile ludźmi ich nazwać można), którzy walą cały program od siódmej do drugiej w nocy. Mam wrażenie, że kierują się oni niejasnym poczuciem, że coś się marnuje, kiedy ich radio nie gra. Płacą za to podatek, mają to potencjalnie — jakże tu nie grać. I grają se, wicie, grają. Pomijając to, że maniak radiowy nie ma na nic czasu — jak nie gra, to coś mu się marnuje — co za ogłupienie z tego nachodzi na niego i całe otoczenie, i sąsiadów, którym pracę jakąś uczciwą umysłową on wprost uniemożliwia. Mam wrażenie, że ludzkość na razie nie zdaje sobie sprawy z tego, jakiego potwora dodatkowego, przy niezmiernie cennym wynalazku, spuściła z uwięzi. Kto wie, czy postępujące ogłupienie publiki ostatnich lat nie zawdzięcza porządnej ilości procentów radioamatorstwu. Resztę dorzyna rozrastająca się gazeta, dancing, sport, alkohol i nikotyna. Ale pomijając już kwestię ciszy zupełnej, nawet ten, co lubi muzykę przez radio, chciałby słuchać tego, na co ma ochotę — i tego nie może; ma chęć na kwartet Beethovena, a musi słuchać tanga, chce tanga, a tu mu gwałtem wpakowują mszę, i to tak głośno, jak tylko można, ile tylko głośnik wytrzyma. Z hałasem jest jak z każdym nałogiem — wymaga on coraz większego dozowania, aby spełnić swoją rolę ogłupiania. A w dodatku okna poroztwierane na oścież! Więc albo wyrzeknijcie się sami świeżego powietrza, albo nie puszczajcie głośników, bo jedno i drugie jest wprost niemożliwe. Ale najgorsze to są te typy, które mając dobry głośnik, chcą się z innymi jego zaletami podzielić — rozwalają ci „dobroczyńcy” okna i puszczają na ostatni numer siły swój aparat, po prostu z dobroci serca. Niech im woskowina w ich niemytych uszach nigdy się nie zaśmierdzi! Kiedy powstanie jakaś ustawa przeciwradiowa czy coś podobnego?!...