BALEASTADAR
Nie żaden Baltazar, tylko Belzebub, Książę Ciemności! Czy nie widzisz tych rogów? wskazuje na głowę. Sam mi je przyprawiłeś. Ale teraz stały się symbolem mego diabelstwa. Siadaj. De Estrada siada, ale widać, że czuje się fatalnie. Tu chodzi tylko o to, aby ten młody muzyk napisał sonatę godną samego Belzebuba — to jest mnie.
DE ESTRADA
Czuję się fatalnie w tym wszystkim. No tak, skoro chcesz udawać wariata, to trudno. Pamiętam: mówiłeś mi kiedyś coś takiego po pijanemu. Ja jestem w dziwnym położeniu: zamiast do Madrytu pojechałem na Fiume — Budapeszt wprost do Mordowaru. Teraz widzę, że nie ma w tym żadnego sensu. Tam w Mordowarze, zaraz ze stacji, poszedłem wprost do nieznajomego mi całkiem domu i z tą oto panienką, którą widzę po raz pierwszy w życiu, przyjechaliśmy tu, do tego kabaretu w opuszczonej kopalni. Konie padły nam po drodze i pieszo, wśród walącego się lasu — nie masz pojęcia, co za wicher...
BALEASTADAR
Milczeć! Ja ci dam kabaret!
De Estrada mdleje i wywraca się na wznak w fotelu. Kapelusz spada mu z głowy.
KRYSTYNA
Teraz dopiero jasno widzę. Jest już za późno. Ja kochałam tylko Istvana.