MÓZGOWICZ
Ty nędzny krabie, ty podpatrywaczu niepojętych myśli, ty psychiczny utrzymanku zwyrodniałej dzierlatki? Wolę pójść na wygnanie i służyć za żer Dyakom z wyspy Timor, niż tobie zawierzyć myśl choć jedną. On myśli że wie coś, bo wymówił wyraz: Tumor-jeden. To nie są zaklęcia dla zdobycia skarbu, na to trzeba mieć głowę na kręgosłupie, a nie klatkę na różnokolorowe ptaszki. Ty zakuty myślowy gałganiarzu! Ty pudermantlu, ty lokaju skurtyzaniałej nieskończoności!
Nagle słabnie i siada na ziemi
Wchodzi Balantyna Fermor, w różowej sukni i olbrzymim kapeluszu, z czarnem, kolosalnem piórem
Rozhulantyna rzuca się do niej.
ROZHULANTYNA
Balatynko! zabiłam Izydora! Czy ty rozumiesz co się stało? Biedny, mały Izydor rozbity na bruku przezemnie. To on mnie do tego zmusił! Ten potwór, ten cham — Mózgowicz.
BALANTYNA
spokojnie
Ani cię nie zmusił, ani ty nie zabiłaś Izydora. Dawno już, prawie od urodzenia widziałam w nim straszne skłonności. A nadewszystko skłonność do ohydnych chorób. Mówił mi o tem Józef. Poczciwy stary. Bardzo przejęty jest swoją rolą.