Wlókł się zmęczony do domu.
Jakiś straszliwy, a nieskończenie cichy smutek krążył mu w żyłach, zlewał się w sercu, wdrążał się w najtajniejszą szczelinę jego nerwów.
Nigdy jeszcze nie był tak smutny.
A więc dopełnił się cud.
Kochał ją.
I przerażony pytał się sam siebie: więc to miłość?
Siadł na ławie i myślał.
Płomienną falą zlał się przed oczyma jego duszy cały szereg kobiet, które znał, pieścił, tulił i w namiętnych splotach z nimi się zrastał...
Ta, niedociekniona, tajemnicza, z połyskiem czarnego jedwabiu; jak pantera, przyczajona do skoku —
Ta, z oczyma gołębicy, a z sercem rozpustnym, łagodna jak gazela i drapieżna jak dziki kot —