Tak, śliska jak wąż, z ciałem chłodnym, jak liście róż wodnych —
Ta, wiotka i pyszna, upojona swym własnym przepychem —
I ta bezpierśna, w kształt smukłego efeba, i ta silna i giętka w kształt klingi z stali damasceńskiej...
A przecież żadnej z nich nie kochał.
Porzucał je bez żalu i nie czuł żalu, gdy go porzucały; a gdy się cofał w tył całą długą drogę swego życia, nigdzie nie napotkał złamanego kwiatu; żadna nadłamana i owiędła gałąź nie mówiła mu: tędy burza przeszła.
Więc to miłość — szeptał — godzina cudu —
Gwałtownie wyrzucił z mózgu namiętne obrazy rozpasanych heter i niewinnych gołębic — wzdrygnął się przed wizją nagich postaci, lubieżnych splotów, rozpasanych krzyczącą namiętnością rąk i ramion, i z dziecinną cześcią32 szeptał: Godzina cudu — godzina cudu...
I myślał — myślał...
Kochał ją, jak kiedyś rozlaną strugę światła na morzu ukochał.
Widział olbrzymi, granitowy słup latarni morskiej na cyplu wysokiej skały.