I

Wroński siedział przy piecu i z obłędną rozpaczą wpatrywał się w ogień. W pokoju zapadał zmierzch, jasny odbłysk śniegu spływał ze światłem płomienia w nastrój ponury i beznadziejny.

Oparł łokcie na kolanach i głowę ukrył w dłoniach.

Pola stanie tam — tam, przy moim łóżku. U wezgłowia zapali świecę, może krzyż wciśnie mi w ręce... Ja na wszystko będę musiał zezwolić, patrzeć na nich będę w bezsilnej agonii, zduszę w sobie krzyk konwulsyjny, bo mi sił nie starczy, by mu się z piersi dać wydrzeć.

O, gdybym przynajmniej mógł krzyczeć!

Może będę płakał — bezsilny, niedołężny.

Serce jego bić poczęło jak młotem, zadrżał dreszczem przejęty.

Mój Boże! mój Boże! — Wstał i chwiejnym krokiem chodzić począł po pokoju.

I tu, tu... właśnie tu, gdzie teraz stoję, za kilka tygodni stanie trumna.

Widział siebie wyraźnie: martwe, stężałe zwłoki, woskową twarz z niebieskimi wargami i czarnymi kręgami koło zapadłych oczu.