Nie chcę umierać po mieszczańsku, pragnę zemsty i zniszczenia... Czekaj ty psie! O sto marek cię błagałem, za sto marek mógłbym od razu był pójść do szpitala i nie musiałbym teraz umierać. Poczekaj, bezlitosny psie, krociami mi teraz za to zapłacisz. Wyprawię ci drogą iluminację!
Widział, jak straszliwe snopy płomieni wydzierają się z dachu, jak willa niknie w morzu ognia... Przez drzwi i okna dobywają się grube chmury dymu, przez chwilę ważą się ciężkim ruchem i nagle wybuchają ognistymi słupami płomieni.
Gorączka szalała w jego ciele. To za mało, za wolno, za niedołężnie. Domy z ziemi wyrywać i rzucać je w ogień, świat cały objąć pożarem: wtedy dopiero serce jego czułoby się zaspokojonym!
Począł biegać po pokoju. Widział, jak miasto całe pożar ogarnia. Ziemia spękała się w tysiączne rozpadliny, z każdego kąta, z każdej szczeliny płomienie wybuchały, potężniały, rozpadliny rosły w przepaście bezdenne, ziemia cała stała się kraterem wulkanu, w ciężkich masach płynęły potoki ognia, pożerały lasy, wsie, miasta, szum, huk, łoskot oszołomiły go, oczy jego ślepił huragan ognia: zamknął oczy i rozkoszował się bezbrzeżnym orkanem zniszczenia.
Wzdrygnął się. Wydało mu się, że serce oddzieliło się od jego organizmu. Czuł je wszędzie, słyszał jego bicie w każdej tętnicy, w każdej żyle ciała: w skroniach, w czole, w gardle... Teraz znowu wróciło do piersi, tam... Nie! Znowu wrastało w krtań, mógłby je teraz wypluć.
Z rozpaczą rzucił się na łóżko i pierś gwałtownie obiema rękami przycisnął. Słyszał bicie swego serca, czuł, jak uderzało o jego dłonie, zdawało się, że trzyma w rękach coś, co żyje życiem zupełnie samoistnym, coś, co za chwilę wydrze się, uleci... i... może, może — krzyknie!
Myśl, że serce jego krzyczeć by mogło, wydała mu się nagle tak sama przez się zrozumiałą, że zerwał się z łóżka i stanął w środku pokoju.
Pij! Pij! — błysnęło mu w głowie.
I pił chciwie, zakaszlał się, siły go opuściły, upadł na łóżko.
Nagle uczuł się dziwnie silnym. Od dwóch lat już nie czuł w sobie takiej siły. Dotykał się swego ciała, począł kaszleć, ale kaszel ten był swobodny, niebolesny. Kaszlał zresztą tylko dlatego, aby uświadomić sobie, że naprawdę jest teraz silnym i zdrowym. Wstał.