Pauza.
Pragnąłem uświetnić ucztę na cześć Leszka waszą obecnością, ale wyście zechcieli zniknąć — od starej księżnej dowiedziałem się dopiero, gdzieście się skryli — nie ważyłem się po was posłać moich giermków — sam przychodzę — sam wolałem stanąć przed wami, jako brat starszy Leszka, pierworodny syn waszego stryja...
Kinga milczy zamyślona.
MŚCISŁAW
z gorzką ironią.
Jakto? Co za cud? nie oburzacie się, żem się nazwał synem waszego stryja? Oczy wasze nie ciskają już na mnie błyskawic, że ważyłem się nazwać bratem Leszka?
KINGA
podnosi oczy na niego w zamyśleniu.
MŚCISŁAW
Czyżby zelżała wyniosła pogarda, którąście mnie zawsze darzyć raczyli? czeka z wzrastającą goryczą. A może wasze milczenie i obojętność cięższą jeszcze pogardę ma dla mnie wyrażać, aniżeli wasze harde i wyniosłe słowa? Może chcecie mi okazać waszem milczeniem, że mówię do zastygłego w marmury posągu, o który słowa moje obślizgują się, gdyby siekanina gradem nawałnicy o granitową skałę? Cóż tak na mnie patrzycie, jakbyście mnie po raz pierwszy widzieli?