flegmatycznie.
Próbowałem wszystkich dróg, by się do skrytnych komnat jego duszy dostać. Okazywałem mu przyjaźń tak gorącą i oddaną, jakiejby mu żaden śmiertelnik okazać nie mógł: na włosku wisiało moje życie, gdy go z ciężkim trudem dostałem w zasadzkę, która mu niechybną śmiercią groziła, a ja z cięższym jeszcze trudem z niej go wyratowałem, bo aby dać dowód mego wiernego oddania, nasadziłem skrytobójcę, którego potem sam na miejscu ubiłem, by królewicza ratować... Czyż to nie dosyć mości książe? Na nic się nie zdało, uśmiechał się wdzięcznie, dziękował wylanie, nagrodził hojnie, ale do skrytek swej duszy nie przypuścił.
MŚCISŁAW
zniecierpliwiony.
I to wszystko?
ZYGWART
O nie, panie... Zastawiałem dla niego uczty, o których się nawet Lukulusowi nie śniło — chętnie przyjmował moje zaproszenia — pił przez noc całą najcięższe wina, a gdy się już wszyscy pijani pod stół zwalali, on trzeźwy wychodził, pilnował wart po murach i, nie mówiąc słowa i nikomu nie schlebiając, jednał sobie serca żołnierzy.
MŚCISŁAW
coraz więcej rozburzony.
A o najgłówniejszej przynęcie zapomniałeś?