ZYGWART

z obojętną swobodą.

O nie, panie, żaden choćby najwięcej przeżyty rozpustnik nie oparłby się takim pokusom, na jakie ja go wystawiałem. Ale rzecz dziwna: z cichym, obojętnym i prawie szyderczym uśmiechem patrzył na najwięcej ponętne kobiety, głaskał, gdy mu się łasiły i uśmiechał się dobrotliwie, gdy już — już — jakby się zdało — miała go która usidlić, a potem pokłonił się raz, drugi i trzeci — podszedł do jednej, poradził, by się lepiej odziała, inaczej naraża się na zaziębienie — tamtej znów powiedział, że przejrzyste tiule i lekkie tkaniny nie układają się tak dobrze na jej wspaniałych biodrach, jak ciężkie brokaty: jednem słowem kpił sobie z wszystkiego: jak najwyraźniej kpił.

MŚCISŁAW

niespokojnie, wahająco.

A cóż powiedział, gdyś mu oznajmił, że wzywam go na mój dwór?

ZYGWART

Pokłonił się i powiedział, że uważa sobie zaproszenie Twoje za nadmiar zaszczytu i z chęcią Twój rozkaz spełni.

MŚCISŁAW

porywczo.