Długo się we mnie zmagało jedno i drugie uczucie, ale przezwyciężył głęboki szacunek i podziw dla niesłychanego rozmachu, z jakim te paszkwile napisane zostały, dla twórczej potęgi, na jaką się zdobył tak nieskończenie jałowy, u kobiet w ordynarnych awanturach wyładowujący się histeryczny obłęd!

Kluczem do zrozumienia Strindberga — to jego histeria jako potęga twórcza.

Dwoma mózgami rozporządzał:

Jednym, którym się mężczyzna-twórca posługuje: ten odnaleźć można w olbrzymich rzutach twórczych koncepcji, w ogromnym rozpędzie niezwykle namiętnej, światoburczej sile, w burzycielskiej potędze jakiegoś barbarzyńskiego Dżengis-chana, z którą niszczył istniejące tablice praw, przykazów i zakazów.

A drugim, silniejszym jeszcze:

Macicznym mózgiem kobiety-furiatki, chciwym pomsty za urojone krzywdy, oszalałym nienawiścią do wszystkich i wszystkiego, co się ośmieliło w poprzek jego woli stawiać, opętanym manią prześladowczą, która w każdym najniewinniejszym słowie, najniewinniejszym czynie wietrzy spisek, knucie i niechybną zdradę. Jeżeli się patrzy na twór Strindberga z stanowiska czysto życiowego, to ta przeraźliwa, nieludzko potworna walka z wiatrakami, których nigdy nie było, wstrząsa człowiekiem tą straszliwą męką nieszczęsnego człowieka, który ją stacza; patrząc na ten twór z stanowiska artysty, zbiega go zimnym dreszczem ta niesłychana potęga, z jaką człowiek-artysta był w stanie te stany duszy (états d’âme) przed oczy widza czy też czytelnika nie przedstawić — to za słabe wyrażenie — ale w krwawym trudzie wywlec, zaorać się pazurami w nieszczęsną ofiarę i z nią razem wyczołgać się z jakiejś głębokiej jamy na jasny dzień.

A wszędzie i zawsze jest Strindberg jakimś strasznym grabarzem; nie dość że ofiary swoje grzebie, ale wyciąga je potem z grobu — „demaskowaniem” to nazywa — znęca się nad nimi w potwornym sadyzmie, aby się w końcu zawlec do stóp — o Jezu, mój Jezu! — do stóp Swedenborga.

Snadź wyczuł Strindberg swoją grabarską misję, bo nikogo tak nienawidził, jak Ryszarda Dehmla.

Dehmel na powitanie Strindberga napisał piękny wiersz: An Deutschlands Gast376 — w którym porównywał Strindberga z jaźwcem377, który ryje tajemnicze nory, w cieniach nocy się kryje, aby rozpoznać straszliwą zagadkę życia.

Jaźwiec nazywa się po niemiecku Dachs — a Dachs po szwedzku: Grabswin — świnia ryjąca w grobach (Grabschwein), ponieważ Strindberg raczył nazywać swoich najbliższych rozmaitymi przydomkami, jak p. X: der Eber, p. Y: Priapus, p. Ż: der Hengst, itd., więc przylgnął do niego przydomek wzięty z powitalnego „hymnu” — (a takim był w istocie Dehmla: der Dachs) — w skandynawskiej kolonii przetłumaczony na Grabswin!