Ale to wszystko śmieszne i głupie — jaka nieskończenie małostkowa byłaby moja zemsta za wszystkie ciężkie krzywdy, jakie mi Strindberg wyrządzał, gdybym miał się rozpisywać o tym wszystkim, co z nim przeżyłem; to jedno jest pewne: gdyby powstał z grobu, całowałbym jego ręce z tą samą głęboką czcią i uwielbieniem, z jaką je ucałowałem, gdym go poznał.

Był zdumiony tym objawem czci. Uśmiechnąłem się.

Polnische Perversität!378

W całej literaturze europejskiej nie znam twórcy, który by się z taką zaciekłą furią wciąż i wciąż analizował. Jakikolwiek utwór weźmiesz do ręki — wszędzie i zawsze on — on — on!

Lokaj Jean w Comtesse Julie, zdradzony mąż w Creditoren (Wierzyciele), na manię prześladowczą chory letnik w Parias, wpół obłąkany megaloman, bohater powieści Ved Havets Strand (Am Meeresstrand), ojciec w równobrzmiącym dramacie — to wszystko on sam, to wszystko straszliwe dokumenty genialnego obłędu: raka, który jego duszę toczył.

A tym straszliwsze te cierpienia, że nic nie było w jego życiu, co by je mogło wytłumaczyć; w powodach tych cierpień, które z taką potęgą opisuje, zaledwie — jak już powiedziałem — znajdzie się drobne ziarno prawdy.

Ta zaciekła analiza własnej duszy z gruntu u niego fałszywa, bo oparta na wyimaginowanych, ciężką histerią spłodzonych przesłankach, staje się nieoceniona jako wspaniały dokument na wskroś chorej, w konwulsjach obłędnego cierpienia wijącej się duszy.

I żaden ze znanych mi twórców nie musiał tak krwawo walczyć z sobą, jak Strindberg — a miał on w sobie najsroższego i w całym swoim demonizmie potwornego wroga: kobietę.

Cała jego, jadem wprost groteskowej nienawiści dysząca, zaciekłość przeciw kobiecie, to sadystyczne znęcanie się nad kobietą w samym sobie — cała ta zębami zgrzytająca, rozszalała walka z kobietą, w której nawet już wprost ohydną bronią się posługiwał, jak w Giftas (po niemiecku Ehegeschichten, książka, którą sam nazywał najbrutalniejszą, jaka w ogóle została napisana) — to walka z tym szatańskim demonem w sobie samym: kobietą!

W całej historii literatury wszechświatowej widnieje tylko jedno, jedynie jedno nazwisko istotnie twórczej, na gigantyczną miarę zakrojonej genialnej kobiety — nazwisko, płonące niesamowitym ogniem, w jakim po raz pierwszy „maciczna” dusza mężczyzny się objawiła — a nazwisko to, to właśnie Strindberg!