Wszystko, co tylko pochodziło z Skandynawii, przyjmowano z bezkrytycznym entuzjazmem i to do tego stopnia, że na śmierć zamilczani (totgeschwiegen!) artyści niemieccy, Arno Holz i Johannes Schlaf, przemycali swoje dzieła, aby o nich w ogóle wspominano, pod skandynawskim pseudonimem.

Tym się tylko tłumaczy, że niezmiernie surowy areopag, stanowiący jury Kunstverein’u, w którego skład wchodzili profesorowie Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, najzacieklejsi przeciwnicy wszelkich nowych prądów w malarstwie, uległ również chorobie tej modnej skandynawszczyzny i, nie widząc jednego obrazu Muncha, zaprosił go do wystawienia w Kunstverein’ie swoich obrazów.

I trzydziestoletni podówczas Edward Munch przysłał całą dużą kolekcję swych obrazów.

Jak długo Berlin Berlinem, nie przeżył takiej niesłychanej sensacji — oczywiście mówię o świecie artystycznym — jak w chwili, gdy te obrazy nadeszły i jury się zebrało, by je ocenić i wystawić.

Jeden w niebo bijący okrzyk oburzenia, wściekłości i grozy, a nawet panicznego przestrachu wyzwolił się wściekłą burzą z przerażonych duszyczek profesorów: całe zacne, niezmiernie poważane, aureolą najwyższych godności i państwowego (przez samego cesarza Wilhelma II uświęconego) autorytetu opromienione grono malarzy niemieckich, zaszczycanych raz po raz odwiedzinami cesarza, który raczył im dawać cenne wskazówki, a nawet ich płótna poprawiać, zawrzało srogim gniewem, że ktoś ośmielił się w tak bezczelny sposób z nich zakpić!

Oczywiście napisano obrażony list do Muncha, iż obrazów jego się nie wystawi, że zaszła fatalna pomyłka, a w końcu dano mu radę, by się z takimi nieprawdopodobnymi bohomazami do żadnej poważnej korporacji w Niemczech nie zgłaszał.

W Niemczech, jak wiadomo, wszystko jest korporacją.

Ale nagle zaszedł niespodziewany wypadek:

W łonie Kunstverein’u toczyła się już od dawna cicha, ukryta, ale niezmiernie zaciekła walka pomiędzy prezydentem Kunstverein’u, słynnym nadwornym malarzem butów, Antonem v. Werner, stawianym przez niemieckiego cesarza na równi z Tycjanem, a nowatorem, który zaimportował do Niemiec francuski naturalizm właśnie w tym czasie, kiedy on naturalizm w francuskim malarstwie już przekwitał — Maksem Liebermannem407.

Liebermann szukał już dawno jakiegoś pretekstu, by zrobić stanowczy wyłom w składzie jury tego niesłychanie przestarzałego Zopf’u408 i wpuścić odrobinę świeżego powietrza do zatęchłej, pleśnią obrzydłego bizantynizmu cuchnącej sali posiedzeń jury.