I Liebermann, który do niedawna wywijał zwycięską chorągwią z hasłem, że jedynie tylko najkonsekwentniejszy naturalizm jest istotnym zbawieniem w sztuce, a „głupia fantazja” — śmiesznym Notbehelf — (namiastką sztuki), stał się nagle gorącym rzecznikiem obrazów Muncha, na których widok pękał może serdeczniejszym śmiechem, aniżeli w fryderykowski jeszcze Zopf uposażona świta nadwornego malarza książęcych i generalskich butów v. Wernera.
Taktyczny — och, jak chytro i bystro obmyślany — taktyczny protest Liebermanna spowodował kilka burzliwych posiedzeń Kunstoerein’u, a ostatecznym wynikiem był doszczętny rozłam w łonie tegoż Verein’u. W cesarskich łaskach wygrzewający się nadworni malarze utworzyli prawicę, Liebermann wraz z całym szeregiem dotychczas cicho siedzących, a teraz już przykładem Liebermanna mocno rozsrożonych „młodych”, utworzyli berlińską „secesję”.
Przez jakieś dwa tygodnie o niczym nie pisano w felietonach prasy berlińskiej, jak tylko o tym niebywałym „skandalu” — staczano na łamach wszystkich pism homeryczne boje „za i przeciw”; — w końcu jednak opinia przechyliła się na stronę Liebermanna, rozłam w Kunstverein’ie został dokonany; „Żyd” Liebermann — przed chwilą mówiłem, że Żydzi są drożdżami tak zwanego „postępu” — oczyścił ciężką stęchlizną cuchnące powietrze życia plastyków niemieckich: prawica poszła na strych — „młodzi”, lewicowcy, wywrotowcy mogli już teraz swobodniej odetchnąć — Liebermann wyzwolił ich spod jarzma cesarskiego klownostwa.
A tymczasem patrzył bezradny Munch — ale bezradny tą artystyczną bezradnością ludzi, którzy są stworzeni na magnatów, a w nędzy żyć muszą — na to dziwne widowisko.
Jego nazwisko stało się jakimś, gdzieś tam z oddali dolatującym go cri de bataille409. W godle jego nazwiska można było wygrać lub przegrać jakąś walną bitwę; on! — z rodu najdostojniejszych magnatów ducha z pustą kieszenią — siedział w małym hoteliku i czekał o chłodzie i głodzie, a zima tego roku była niezwykle ciężka, co to z tego będzie:
Hopos estai tade erga?!410 — słowa, które Homer kładzie w usta zdumionego syna Odyseusza, kiedy Machaon zawiódł go do pałacu Menelausa.
Protest Liebermanna, którego Munch może tyle obchodził, co wilka gwiazdy, bo nie o Muncha w danej chwili chodziło, ale o „odcięcie” starego Zopf’u, zrobił jego nazwisko przez jakiś czas niesamowicie popularnym w Berlinie.
Z wszelkiego ziemskiego majątku starannie obdartemu magnackiemu dziecku wynajęto — i to głównie za staraniem mojego wiernego opiekuna dra Ascha — dwie czy też trzy sale w nowo wybudowanym pałacu, jeszcze niezajętym całkowicie przez jakąś manufakturę, na rogu ulicy Lipskiej i Frydrychowskiej, i tam wystawił wszystkie swoje obrazy, sromotnie odrzucone przez sławetne jury Kunstverein’u.
Chryste Panie! Co się wtedy działo w Berlinie!
Nazwisko Muncha, popularne już przez rozłam malarzy niemieckich w Kunstverein’ie, stało się teraz przeraźliwie popularne. W ciągu trzech tygodni, jak długo wystawa jego obrazów trwała, rżała, ryczała ze śmiechu — śmiechu w istniejących i nieistniejących tonacjach — cała tak zwana „inteligencja” Berlina.