„Pięćdziesięcioletni Edward Munch, który nigdy nie był żadnym »istą«, gorąco Cię pozdrawia”.
Jak go musiało boleć, że „iści” chcieli go do swego rydwanu zaprząc!
Mimo ogromnego natłoku na tej „skandalicznej” wystawie — Berlin uspokoić się nie mógł — w kasie, którą zawiadowała młoda panienka, były wieczne pustki.
Ciekawa przygoda:
Jednego ranka, idąc do mojej redakcji, spotykam Muncha na ulicy z gołą głową — a było to pod koniec marca, chłodno, a nawet mroźno — parę kroków za nim ujrzałem kelnera z czapką Muncha w ręku.
— Cóż ty tu robisz? — pytam.
— Siedziałem w kawiarni, jadłem i piłem przez całą noc; miał przyjść Adolf Paul (adlatus Strindberga); miał mnie wykupić — nie przyszedł — kelner zafantował moją czapkę, a teraz idę na moją wystawę, pewno będę się mógł kelnerowi wykupić!
A w czym się różnił sąd jury Kunstverein’u od sądu poborcy podatków?
Przyszedł taki poborca — świadkiem byłem tej sceny — do Muncha, a mieszkał on na czwartym piętrze w dawniejszym atelier zmarłego rzeźbiarza polskiego Franciszka Flauma415, i zażądał od niego zapłacenia podatku.
Munch pieniędzy nie miał ani w ogóle niczego, co by jakąś i wartość przedstawiało, wskazał więc wspaniałym gestem na swoje obrazy, które w rozpacznym nieporządku walały się po ziemi.