Poborca podatków chwycił się pod boki i ryknął ogromnym śmiechem, gdy począł obrazy Muncha oglądać:
— Ha, ha, ha! Ale za to wszystko nikt w całym Berlinie panu dziesięciu fenigów nie da!
Zdumiewające, jak wartościowanie poborcy podatków zgadzało się z sądem prezydenta Kunstverein’u!
Rzadko łączyło mnie z którymkolwiek artystą tak bliskie duchowe spokrewnienie, jak właśnie z Edwardem Munchem — i na i odwrót — sam to bezustannie podkreślał.
Poonczas potrzeba było dużo odwagi, by odważyć się Muncha brać na serio. Gdy się ukazało moje studium o Munchu, była cała konfraternia literacka przekonana, żem dostał pomieszania zmysłów. Munch przyszedł do mnie z głębokim wzruszeniem:
— Jestem przerażony, że jakiś człowiek mnie w najtajniejszych twórczych chwilach podsłuchuje, ale i ja ciebie podsłuchałem.
Nazajutrz pokazał mi swój słynny obraz, który teraz bezustannie widuję w książkach, traktujących o futuryzmie: Skrig — Krzyk, o którym szeroko rozpisałem się w moim studium o Munchu w późniejszym moim utworze: Na drogach duszy.
Nie wyobrażam sobie, by można potężniej w barwie przeobrazić jakiś utwór literacki — w tym wypadku: Totenmesse.
Może jedyny Felicjan Rops umiał się zdobyć na tak równomierną transpozycję utworu Barbey d’Aurevilly: Les Diaboliques.
Munch posiadał w wysokim stopniu, co rzadko u malarzy się spotyka, istotną kulturę literacką, doskonale był obznajmiony z współczesną literaturą, a sąd jego o jakimś literackim utworze był dla mnie wysoce wartościowy. Ponadto interesował go okultyzm, a gdym mu dał książkę Aksakowa416: Spirytyzm a animizm, pożarł ją literalnie jednej nocy, a był uszczęśliwiony, gdym wypożyczył dla niego z państwowej biblioteki Swedenborga: De coelo et inferno (w niemieckim tłumaczeniu, Tübingen, trzecie wydanie 1873).