Obcowanie z Munchem było ostatnie moje, istotnie głębokie „przeżycie” duchowe w Niemczech — wśród „obcych”.

W przededniu wyjazdu mego do Norwegii, gdzie nauczyłem się być „sam z sobą” i gdzie mnie wprost zabijała nostalgia za Polską, otrzymałem serdeczny list wraz z książką od Miriama417 — Zenona Przesmyckiego.

Przesłał mi wtedy swoje wspaniałe studium o Maeterlincku418 i królewskie tłumaczenie utworów Maeterlincka.

Oczom nie mogłem wierzyć, że jakiś poeta polski, a znałem już wytworny tomik jego poezji: Z czary młodości, mógłby do mnie się zwrócić. A zabijało mnie wprost to przeświadczenie, że tam — w Polsce — nie chcą o mnie nic wiedzieć, ponieważ piszę po niemiecku; a przecież ja byłem zmuszony pisać po niemiecku — nie było jeszcze wtedy polskiego nakładcy, który by się mógł odważyć wydać jakieśkolwiek moje dzieło w polskim języku, jeszcze dwadzieścia lat później nie dawała cenzura — ani rosyjska, ani też galicyjsko-arcybiskupia — zezwolenia na wydawanie mych dzieł: wychodziły wszystkie w barbarzyńskim okrojeniu.

Odtąd już nastąpiła częsta wymiana listów między Miriamem i mną; jak ja byłem wdzięczny, że „wśród obcych” — całkiem mi obcych, bo raz jeszcze powtarzam: dusza polska a niemiecka, choćby nawet takiego Dehmla, to całkiem incommensurable419 wielkości — dotarł do mnie głos polskiego twórcy, i to twórcy-myśliciela tej miary, co Miriam!

Niewymowną wdzięczność odczuwam do tego bezwarunkowo najkulturalniejszego w Polsce człowieka, którego listy przez parę lat, jakie miałem jeszcze pozostać za granicą, były dla mnie za każdym razem odświętną radością.

Czciłem go i czczę po dziś dzień jako starszego brata — po kilku latach miałem go dopiero osobiście poznać, ale już wtedy wywarł na mnie istotny i niezatarty wpływ.

Nie na twórczą duszę moją wpływ jego się rozciągał, ale każda jego wskazówka była dla mnie drogocenna i miarodajna — teraz już, gdy cośkolwiek napisałem, to pisałem z myślą, co Miriam o tym powie.

A Miriam był mi surowym wprawdzie, ale oględnym sędzią, a może nikt inny nie zrozumiał głębiej całego założenia mego tworu, jak właśnie Miriam — toteż na niczyj głos nie było ucho moje wtedy tak wyczulone, jak na jego. Ciężkie perypetie w mym życiu wywołały zagubienie jego listów do mnie, a byłby ich spory tomik — w tych listach odsłoniłaby się cała piękna, magnacka, niesłychanym bogactwem najwytworniejszej kultury obdarzona dusza Miriama.

Nie mam słów, które by mogły wyrazić moją głęboką wdzięczność dla tego człowieka-artysty, który sam jeden — on jedyny tylko — wskazał mi drogę do Polski i on to rozniecił we mnie ten ciężki ból nostalgii za Polską, że już się wszędzie czułem obcym i niesamowitym „przybyszem”.