(Kochany Adolf Nowaczyński opowiada420 w jakiejś z swych książek, że on to sprowadził Przybyszewskiego do Polski!)

Ta paroletnia korespondencja z Miriamem pouczyła mnie o tym, że Polska (po raz który bo już powtarzam?) bądź co bądź jest najkulturalniejszym krajem w Europie!

Całe naręcza wdzięcznego kwiecia rzucam przed nogi tego człowieka, który stał mi się i jako artysta, i jako głęboki myśliciel, i jako człowiek o głębokiej intuicji psychologicznej i niezmiernej dobroci istotną, niezmiernie drogocenną ostoją w moim ówczesnym życiu twórczym — przed nogi jednego z najprzedniejszych w Polsce:

Miriama — Zenona Przesmyckiego.

Ile ja razy czytałem ten wspaniały wstęp do jego przekładów Maeterlincka, jak głęboko wsłuchiwałem się w słowa tego, który już „wiedział”, podczas gdy ja się „po omacku” błąkałem, a może bym jeszcze długo był musiał instynktem i przeczuciem się kierować, gdybym nie był znalazł bratniej ręki Miriama. Kulturalnym bogactwem mógłby mu tylko Ola Hansson dorównać, ale Olinka nie mógł mi dać tego kulturalnego pierwiastka, który był dla mnie najważniejszy — pierwiastka kultury polskiej, i to tej najszczytniejszej, objawionej w ostatnim ośmioleciu twórczej pracy Juliusza Słowackiego — tym ośmioleciu zamkniętym na siedem pieczęci dla przeważnie wszystkich historyków literatury polskiej; — on to przysłał mi już w załączeniu do następnego listu ten olbrzymi poemat, który poniekąd stał się dla mnie objawieniem: Kasprowicza Na wzgórzu śmierci!

Jakim ja się biednym i maluczkim wtedy uczułem!

Wiecie już, jak niezmiernie był mi bliski Dehmel — jedyny wśród Niemców, który orientował się w mojej duszy — ale ta tak „przeraźliwie polska dusza”, jak Dehmel o mej duszy się wyrażał (dieser furchtbare Irrgarten der polnischen Seele), kosztowała go dużo trudu, dużo względów i dziwnej, czasem dla mnie niezrozumiałej — dobrotliwej przyjaźni:

Miriam jeden wiedział, co z tą duszą począć!

W tych kilkudziesięciu listach, którem421 od Miriama otrzymał, a które, ohydnym wypadkiem losu, uległy zniszczeniu, bylibyście mogli najlepiej poznać tę wytworną magnacką duszę, która bogatą dłonią rozsypywała swe bogactwa.

A każdy z jego listów, które miałem już stale otrzymywać — myślę o tym z najgłębszą wdzięcznością — był dla mnie nauką, przestrogą. Miriam brzydził się tym niespokojnym, nerwowym „chlastaniem”, z jakim ja nieraz pracowałem, a każda jego pochwała — nie! to śmieszne powiedzenie — każde jego potakiwanie temu, co napisałem, było mi rześką pobudką.