Król podszedł kilka kroków, ale nagle przystanął, bo przykuł go do miejsca zniecierpliwiony rozkaz: „Niech Wasza Królewska Mość się teraz z miejsca nie rusza”.

I król, zdumiony, rozbawiony, nie ruszał się z miejsca, póki młody a bardzo przystojny człowiek nie ukończył swoich manipulacji.

To był Szaciński.

Przed wybuchem powstania podróżował Szaciński po Niemczech, zawadził o Bawarię i utknął w Würzburgu, gdzie cieszył się ogromnym powodzeniem jeden z najpierwszych i najsłynniejszych daguerotypistów w Niemczech, Dauthendey, ojciec tego wytwornego poety, o którym już wspomniałem, Maksymiliana Dauthendeya, kochanego mojego „Masia”.

(Dziwne, jak chętnie przyjmowali moi niemieccy koledzy po piórze „zszopenizowane” przeze mnie diminutiva swych imion).

U starego Dauthendeya nauczył się młody szlachcic polski fotografować — bawiło go to pewno tak samo, jak ongi bawiły paniczów polskich reformatorskie „nowinki” w Wittenbergu — a amatorska fantazja miała się po kilku latach stać dla niego deską ratunku.

Jowialna Królewska Mość wsadziła i jemu, ale już własnoręcznie i z własnego portfela, cygaro do ust, poprowadziła na zamek i uraczyła hardego polskiego junaka kongepjolterem — oną słynną mieszaniną szampana z koniakiem.

Król upodobał sobie od razu Szacińskiego — wdał się z nim w długą rozmowę, a rezultatem tej rozmowy było to, że powierzył mu całą swoją myśliwską psiarnię. Okazało się bowiem, że fotografowanie było tylko pobocznym zajęciem Szacińskiego, a głównym i umiłowanym jego powołaniem — to tresura psów myśliwskich.

Nie porzucił wprawdzie Szaciński swego zawodu fotografa — od razu został bez wszelkich zastrzeżeń nadwornym fotografem Jego Królewskiej Mości, zasłynął nawet później jako jeden z najlepszych fotografów w całej Skandynawii, a atelier jego fotograficzne w Krystianii, dokąd się niebawem przeniósł, cieszyło się ogromnym wzięciem — ale największe triumfy święcił w całej Skandynawii jako niezrównany, „genialny” mistrz w niezmiernie trudnej sztuce tresury myśliwskich legawców.

Tylko z trudem zdołano królowi wytłumaczyć, że orderu szwedzkiego Pro litteris et arte428 nie można udzielić choćby i najgenialniejszemu mistrzowi w tresurze psów.