O tym wszystkim dowiedziałem się, zanim Szacińskiego poznałem. Wyobrażałem sobie człowieka pełnego fantazji, tryskającego zdrowiem i szerokim szlacheckim rozmachem, a tu nagle stanąłem wobec człowieka, którego twarz czarnym cieniem oskrzydliła ciężka, ponura melancholia.

Na dźwięk polskiej mowy zabłysły na chwilę gorąco jego oczy, zakrzątnął się, by mnie ugościć, przyniósł flaszkę wina, jął gorączkowo opowiadać o swej przeszłości, a nagle opadł, oczy jego stały się mętne i szkliste — zapadło niesamowite milczenie, które na próżno chciałem przerwać opowiadaniem o Polsce i obecnym położeniu Polaków w Wielkopolsce — wreszcie podniósł ciężko na piersi opadniętą głowę:

— Niech pan czym prędzej ten kraj opuści; tu żaden Polak długo nie wytrzyma — tęsknota za krajem go zabije prędzej czy później... Ja tu już przeszło 30 lat, a z każdym rokiem gorzej i gorzej...

Było to powiedziane z tak ciężkim i przeraźliwym smutkiem, że mrowie po mnie przeszło. Znowu głębokie milczenie, którego już nie śmiałem, ani nie miałem ochoty przerywać.

— Wprawdzie czytuję raz po raz polskie gazety — rozpoczął po długiej chwili — ale to tylko jeszcze ranę rozognia...

Znowu milczenie, a nagle podniósł znowu swą biedną, nieszczęsną głowę, która zdała mu się kłodą z ołowiu ciężyć.

— Powiedz mi pan szczerze — pan przecież moim rodakiem; ja tu wśród nich mimo wszystko, com dobrego od nich zaznał, całkiem obcy i oni dla mnie tak samo — ja ich o to pytać nie mogę, ani pytać nie będę — ale pan, rodak, niech mi pan powie, jak ja wyglądam?

— Ależ doskonale, doskonale! — kłamałem, bom już dobrze znał ten fatalny wygląd ciężkiego melancholika-psychopaty.

— Doskonale? Mówi pan, że doskonale, a ja czuję... — i urwał.

Znowu długie milczenie — teraz już go znieść nie mogłem.