Wybór dramatów najfatalniejszy w świecie, ale co mnie mógł lepszy lub gorszy dramat obchodzić — to całkiem w grę nie wchodziło. Nawet współgrających aktorów się nie widziało — w ogóle nic się nie widziało prócz Eleonory i jej genialnej gry. Gry? Nie, to nie była gra, to jakaś niepojęta eksterioryzacja najtajniej ukrytej duszy kobiety, objawianie jej najgłębszych tajemnic, pragnień, cierpień, bolesnego ogromu tęsknot, porywów i upadków, i grzmiących fanfar pustego wesela, i krwawych Requiem bólu.

I nie potrzeba było rozumieć słów obcego języka. Po co? Na co? Duse nie potrzebowałaby wcale mówić zrozumiałym językiem włoskim, równie dobrze mogłaby mówić po fińsku lub jakimś hinduskim „pali” — a zrozumiałoby się każde słowo. I to słowo się widziało; po raz pierwszy zrozumiałem, że słowo jest czymś materialnym, że można je istotnie widzieć. Gdyby nawet nie było tej wstrząsającej, do szpiku kości przeszywającej muzyki jej mówionego słowa, to i cóż? Wszystko by się rozumiało, bo każdy mięsień w jej twarzy mówił wyrazistszą mową, na jaką ludzki głos zdobyć by się nie mógł. Duse nie potrzebowała mówić. Nora Ibsena wygłasza po statecznej rozprawie z swym mężem jakieś oklepane feministyczne komunały — o całe niebo głębsza Nora Eleonory Duse milczała w ślepym, głuchym przerażeniu, skamieniałym milczeniu. Słowa nie powiedziała, tylko oczy jej krzyczały w rozpacznej, zdumionej rozterce: „To ja tego człowieka kochałam!” Szeroko rozstawione palce wyciągniętej ręki — nieruchomo sterczącej gdyby w kataleptycznym śnie — tworzyły nieprzeparty, niebotyczny mur, który majestat jej duszy odgraniczał od tej biednej, płaskiej duszy tego, którego jeszcze do niedawna mężem zwała; a każdy jej krok w tył — to nie krok, ale zrywanie wszystkich tajnych nici, wiążących duszę kobiety z duszą mężczyzny; drugi krok, to zrywanie taśm, jakimi łączy dziecko kobietę z mężczyzną, jeszcze jeden krok: zrywanie społecznych powrozów — potem przystanek: z przerażonym zdumieniem widzi, jak poza nią trawią wściekłe błyskawice raj utracony; cichy, bolesny uśmiech, ociekający krwią bólu — boć ten raj był tylko domkiem dla lalek — a potem wahające, drżące błądzenie w płomieniach najdzikszego bólu palącej się ręki naokoło klamki drzwi; wreszcie drzwi cichutko się otwierają: Nora, przerażona, przystaje chwileczkę — w jej grze cała wieczność stopiła się w tej chwileczce — nagle: straszny, bezgłośny krzyk; cała jej postać krzyczała w niewymownym lęku przed tym, co ją za tym progiem czekało, całe powietrze wokół się rozkrzyczało, chociaż głosu słychać nie było: Nora przestąpiła próg!

Nigdy przedtem ani potem nie patrzałem na nic z tak boleśnie zapartym oddechem — nie tylko ja, ale cała widownia zimnych, spokojnych Szwedów nie była w stanie tchu złapać.

A stary Ibsen wściekał się na tę genialną poprawkę swego utworu! He, he — a Duse dopiero stworzyła — Norę! Nora Ibsena to przyszła sufrażystka, rycząca na wszystkich meetingach o prohibicjonizm alkoholu, domagająca się o miejsce w parlamencie, by już doszczętnie zidiociałą Europę ogłupić. Nora Eleonory Duse — najcudowniejszy wykwit wytwornej, szlachetnej kultury duszy kobiecej, górującej o całe niebo nad płaskim egoizmem brutalnego samca!

A co Duse zrobiła z tej nieszczęsnej Damy Kameliowej!

Jej wysoka kultura, genialny instynkt twórczy nie pozwalał jej wygłaszać śmiesznych komunałów Dumasa, toteż opuszczała całe „kwestie”, mówiąc technicznym językiem aktorów: usta jej się poruszały, mówiły bezgłośnie, a tysiąckroć razy wymowniej, gdyby była słowa wypowiadała; czasami zastępowała słowa zdumiewającą grą swych przedziwnie pięknych rąk, jedno zerwanie się nagłe z krzesła — ho, ho! to nie było nagłe zerwanie, to była błyskawiczna gama ruchów, którymi całą kaskadę słów wypowiadała, w jednym rozciągłym arpeggio ruchów do naga swą duszę wykrzyczała; na obelgi Gastona — czy jak on się tam nazywa, tekst w grze Eleonory stawał się całkiem obojętny — nic nie odpowiada — milczy, milczy... Istotnie potrzeba geniuszu, umieć tak milczeć, by milczenie samo się rozkrzyczało huraganem bolesnych krzyków, spazmami dławiących łkań i piersi rozrywających szlochów!

W scenie konania, żegnania się z kochankiem — nic — nic prócz wyciągniętych, to opadających, to znowu krzyżujących się rąk, rąk, chwytających w przedśmiertelnej męce odrobinę powietrza, rąk, które nagle zapominają o bolesnej agonii, wyciągają się ku życiu, prężą się nagle w radosnym zdumieniu: różnobarwne motyle przelatują w powietrzu — chwytać je, chwytać cały boski kobierzec przedziwnych kwiatów na łąkach Asfodelosa: zrywać je, cały naręcz ich zerwać — by, by... o śmiertelna trwogo! zasypać nim własną trumnę!

Och, te ręce, te boskie ręce Eleonory Duse!...

W grze Duse objawiła mi się istota dramatu. Ile razy jakiś dramat pisałem, stawała mi przed oczyma: w jej usta kładłem moje słowa, a wszystko niedopowiedziane i niewypowiedziane wykwitało całą jej przebogatą skalą uśmiechu, rozegrało się przebogatą kadencją ruchów, tysiączną zmianą świateł i mrocznych cieniów, mieniło się w grze mięśni jej twarzy, królewściało powagą, pogardą i zmierzchem przyobłóczyło się w zadumanej, tęskniącej, rozpłakanej i zrozpaczonej grze jej rąk.

O! to było niezmiernie bogate przeżycie — a to przeżycie to klucz do techniki moich dramatów.