Po czasach Ibsena, Bjørnsona, Arne Garborga, nawet Kjellanda, nawet tego starego barda „kącika ciepłego pieca”, jak Laura Marholm złośliwie nazwała Jonasza Lie, przyszła ciężka posucha na pole literatury norweskiej.
A ja trafiłem właśnie na całkowite wyjałowienie tej, kiedyś tak bujnej i żyznej, gleby literackiej w Norwegii.
Wszystkich ich, ilu ich tylko było, trapiła ciężka niemoc, prawie każdy z nich wysilił się na jedną książczynę, która coś nadziejnie zapowiadała, a potem nagłe sparaliżowanie.
To był istotnie niezmiernie ciekawy objaw.
Tomasz Krag443 napisał jedną — pierwszą powieść — Miedziany wąż — wszystkich oczy zwróciły się w stronę Kraga: doszczętnie zawiódł wszystkie nadzieje, dalsze jego powieści to liche naśladownictwa Maupassanta i Bourgeta444.
Brat jego, Wilem Krag445, debiutował całkiem niezłym tomikiem poezji, który każda panienka norweska umiała cały, caluteńki na pamięć — i na tym się skończyło.
Gabriel Finne napisał jedną kapitalną jednoaktówkę Sowę (Uglen) i na tym się skończyło, bo jego powieści już mało wartościowe.
Gunnar Heiberg wywołał niesłychaną sensację i ciężkie zgorszenie swoim dramatem Balkon — drukowałem go w przekładzie nieodżałowanej pamięci Stanisława Lacka swego czasu w krakowskim „Życiu” — i nic już potem nie napisał, na co by można było uwagę zwrócić.
Był tam jeszcze delikatniutki Obstfelder o duszy cichego, wytwornego szpinetu z czasów Mozarta — zmarł rychło, jedyną jego puścizną mała książeczka, której tytułu nie pamiętam; był Mons Lie, syn Jonasza, który karykaturował boleśnie nowele Dostojewskiego; był „słynny” krytyk Nils Kjaer446, chorujący na atrofię mózgu; anemiczno-rachityczny Christensen i parę jeszcze pomniejszych „wielkości”, wysiadujących przy odrębnych stolikach w Café Grand.
Jedyny, który w tym literackim środowisku sterczał cent fois grandeur naturelle447, był Knut Hamsun i on to napisał Ny Jord („Nowa Ziemia”) — jeden miażdżący, bezlitośnie druzgocący obrachunek z jego współczesnymi braćmi po piórze w Norwegii.