Otóż wydaje mi się, że właśnie ta świadomość tej niemocy artystycznej, tego doszczętnego wyjałowienia i tej beznadziejnej posuchy — wywoływały w tych artystach rozpaczne zgorzknienie, wzajemną nienawiść, a gdy który miał jakie takie powodzenie, zawziętą zawiść zazdrości.

A szczytem ich marzeń było dostać się za granicę, ujrzeć swój utwór w niemieckim lub — tu już serca biły namiętnym, przyspieszonym tętnem — w francuskim tłumaczeniu.

Również jak bohema niemiecka, przezwyciężała bohema norweska brutalny naturalizm Jaegera (dziwna rzecz, że wszechmożny wpływ jego jednakoż pokutować nie przestał), brutalniejszy jeszcze Strindberga, wzruszano ramionami, gdy była mowa o Bjørnsonie, uśmiechano się litośnie, gdy wspominało się o Jonaszu Lie lub Kjellandzie — wcale zręcznego epigona Turgieniewa. Bogiem tych „młodych” został nagle duński pisarz E. P. Jacobsen, ten niezmiernie przeczulony, ponad miarę wydelikacony, suchotniczy geniusz Skandynawii, i w tym to czasie — może największą jego zasługą — wygrzebano z zapomnienia duńskiego filozofa — poetę, Sörena Kirkegaarda448, którego Dziennik uwodziciela dałem również w redagowanym przeze mnie „Życiu” krakowskim w tłumaczeniu tegoż samego Stanisława Lacka, który na moją usilną prośbę wyuczył się duńskiego języka w przeciągu jednego miesiąca i to w Krakowie; szczęśliw jestem, że mogłem mu dać bardzo wydatną pomoc, ale i tak świadczy świetne tłumaczenie Lacka o niezwykłych zdolnościach tego przedwcześnie zmarłego, a niezwykle utalentowanego, głębokiego i wnikliwego krytyka — jedynego, swoją drogą, którego Stanisław Wyspiański uznawał i jeszcze na łożu śmierci o niego się dopytywał.

Nils Lyhne i Marie Grubbe Jacobsena, poza tym Dziennik uwodziciela Kirkegaarda stanowiły niejako biblię młodej generacji literackiej nie tylko w Norwegii, ale i całej Skandynawii. Nie było prawie artysty wśród „młodych” Skandynawczyków, który by nie był wykrajał żywy kawał mięsa z tego prometeuszowskiego torsu Kirkegaarda. Jeden zgotował tylko cienki bulion z tego ochłapu, a wsławił się na całą Europę swoją powieścią: Dziennik panny Julii — Piotr Nansen449 zwał się ten pan — a mnóstwo ich było, którzy nie tylko w literaturze wyplądrowywali nieszczęsnego „uwodziciela”, ale i na jawie go przeżywali. Natrafiłem właśnie na skandaliczny proces takiego „uwodziciela”, a uwiódł on istotnie około sześćdziesiąt dziewcząt, i to z najlepszych domów w Kopenhadze, a o każdej z nich prowadził ścisłe, dokładne, drobiazgowe zapiski.

Wobec tego uwodziciela był Disciple biednego Bourgeta istotnie biedną, głupią sierotką, a gdyby Bourget nie był się wtedy całkiem już schował pod kobiece kiecki, to by musiał zwalić całą winę raczej na heroinę swej powieści, a nie na biednego Disciple, który był głupi jak żak.

I nie ma powieści z tych czasów, w których by nie pokutował Nils Lyhne lub Stög Jacobsena; poza tym cieszył się wielkim uznaniem Maupassant, Bourget, neokatolik Hello450 i — Dostojewski, którego całego poznałem właśnie w Skandynawii, i to w wspaniałym tłumaczeniu norweskim; dotychczas znałem tylko Winę i karę.

Dostojewski — tylko uznany? — Nie, nie! — Nieściśle się wyraziłem — wpływ jego był olbrzymi, ale z całej tej młodej generacji skandynawskiej nikt nie był w stanie dokładnie go zrozumieć — jedyny Knut Hamsun zdołał go przetrawić, oczywiście, o ile Słowianina Norweg przetrawić jest w stanie. Na razie przetrawił go tak dokumentnie, że ponoć w „somnambulicznym transie” ogłosił Gracza Dostojewskiego jako swój własny utwór. Jak boleśnie musiał biedny Hamsun odcierpieć ten swój bezwiedny plagiat! Głębiej już i samoistnie całkiem przeżył Hamsun Dostojewskiego w Misteriach, a nietrudno odnaleźć w bohaterze Głodu Raskolnikowa.

Dziwić się Hamsunowi! Przecież i ja — przyznaję się szczerze — musiałem się rękami i nogami bronić przed przemożnym wpływem tego olbrzymiego Shakespeare’a powieści, a byłem przerażony, jakie zagony zaczął zapuszczać ten potężny władca w moją biedną ojcowiznę! A jak bezwiednie zaciążył Dostojewski na jedną chwilę na mojej twórczości — dowodem Dzieci Szatana; zdumiewające tylko, że pisząc Dzieci Szatana nie znałem jeszcze Biesów, ale powieść cała zdaje mi się być wysnuta z ducha Dostojewskiego.

Ta cała dywagacja była tym razem potrzebna, bo daje wprawdzie tylko z gruba nakreślony szkic ówczesnej bohemy norweskiej, ale w gruncie rzeczy całkiem prawdziwy.

Na przyjęcie „zamorskiego” gościa — ja zawsze i wszędzie, a nawet i w mojej Polsce byłem „zamorskim” i „przybyszem” — nastąpiła treuga Dei451. Siedliśmy wszyscy przy jednym stole — a było to już dwa dni po pogrzebie Szacińskiego — i piliśmy, piliśmy... Wtedy przeprowadziły niewiasty — wszechmocne niewiasty norweskie — w norweskim Storthingu452 „bill”, na mocy którego nie było wolno sprzedawać alkoholu w flaszkach, więc kupowano od razu całe beczki.