Ja już tu byłem znany; postarał się o to słynny poeta duński, Holger Drachmann, z którym żyłem w Berlinie w bardzo pogodnej przyjaźni, a który napisał już kilka artykułów o tym niezwykłym Polaku, co od jakiegoś czasu niepokoi orgiazmem swego „demonicznego” temperamentu ciężkie sny „młodych Niemiec”, żądnych spoczynku po dziesiątym kuflu piwa.

A pisał w duńskim piśmie „Politiken”, które każdy człowiek w całej Skandynawii, nawet każdy robotnik czyta.

Z całej serii artykułów o mnie wyróżniał się jeden, poświęcony wyłącznie mojej barbarzyńskiej grze Szopena, pod tytułem: Nowoczesny łapacz szczurów z Hameln; właśnie ukazał się, gdym tego dnia do Krystianii przyjechał.

W niesłychanych, fajerwerkowych parabolach i hiperbolach opisywał moją chimeryczną grę: nie mógł sobie zdać sprawy, czy gram rękoma, czy też łokciami; nie wiedział, czy instrument, nad którym się „sadystycznie” znęcam, jest jakimiś pierwotnymi organami z czasów Karola Wielkiego w X stuleciu po Chrystusie, czy też jakąś trąbą jerychońską, lub też harfą eolską; opisywał złośliwie i dowcipnie, jak moi słuchacze popadali w trans, a w końcu nic nie widzieli, jak tylko białe — oczywiście jakiegoś ducha — zmaterializowane ręce, latające w dzikich pościgach po jakiejś nieprawdopodobnej klawiaturze. I teraz dopiero zdołał odczytać poplątane hieroglify mojej Totenmesse i Wigilii.

Troszkę mi się niesamowicie zrobiło — to nie jest zbyt wielką przyjemnością, gdy już na progu życia tworzą się naokoło człowieka niesłychane legendy.

Poza tym rozniosło się już, że stary Ibsen, tak szczelnie zapięty na wszystkie guziki, że właściwie nic się na nim nie widziało, prócz tych guzików surduta, podpiętego pod samą brodę, zaszczycił mnie w przededniu mej wizyty u Szacińskiego uprzejmą rozmową na jakimś raucie u ministra Blehra.

A otóż ta wiekopomna rozmowa, która słowo w słowo po jakimś czasie powtórzyć się miała:

— A-a! — bardzo uprzejmy uścisk dłoni. — Dużo, już dużo o panu słyszałem: dużo dobrego i dużo złego, ale ważniejsze jest, jeżeli się o młodym artyście dużo złego słyszy.

Jakaś ekscelencja podeszła ku nam i rozmowa się przerwała.

Już nam się wszystkim dobrze dymiło z czuba, kiedy wybiła godzina jedenasta, fatalna godzina, którą nieraz w żywe kamienie przeklinałem, bo w tej chwili gaszą w wszystkich lokalach światło. Obojętne, czy na stole stoi jeszcze nienaruszona flaszka, czy też nie — o jedenastej Krystiania umiera!