Gościnny gospodarz rozbudził służbę, która strzegła jego piwnicznych skarbów, i w mig polał się w niesłychanej obfitości francuski szampan Veuve Cliquot — w Norwegii nie pito innego, nikt by nie tknął niemieckiego Mathias Müller.

Gorącymi słowy przywitał mnie Knut Hamsun — och! jak on pięknie umiał mówić — potem otwarły się drzwi do przyległego pokoju, ale już nie piwnicy: był to obszerny pokój mieszkalny gospodarza, jadalnia, sypialnia i salon dla gości (tylko dla „wybranych gości”) zarazem, a w środku stał świetny instrument: fortepian Bechsteina!

Okazało się niebawem, że ten gruby jegomość, który tak Hamsuna ukochał, że był może więcej o niego zazdrosny, jakby mógł być zwykły człowiek o ukochaną kobietę — ten najsłynniejszy handlarz win na całą Norwegię — był doskonałym muzykiem, stworzył kilkanaście istotnie pięknych pieśni: rzewnych, słodkich, cichą, delikatną melancholią spowitych pieśni dla dzieci.

— Wytłumacz mi — szepnął mi Munch do ucha — dlaczego najsilniejsze, może najwięcej brutalne narody rozkochały się w tej mdłej, sentymentalnej słodkości? A tak samo w malarstwie: taki dziki naród, jak Czarnogórcy, malują tak słodkawe, sentymentalne obrazy, że można by wymiotować; a ten — ja go znam — na chwilę by się nie zawahał swojemu konkurentowi kark skręcić, a równocześnie pisze niańczyne kołysanki dla małych dzieci!

Ta uwaga Muncha zrobiła na mnie dziwne wrażenie — mógłbym na ten temat napisać obszerne studium psychologiczne, a w pierwszym rzędzie o sobie samym: człowiek o nieskończenie przeczulonych, przedelikaconych nerwach miał się stać potwornym satanistą! He, he! Jakim świętym musiał być Huysmans, gdy się pławił w rozkoszy opisów najniesłychańszych zbrodni Gilles de Rais’a w La-bas; a gdyby kuzynka naszego wspaniałego króla Batorego — piekielna sadystka, Elżbieta Batory, która coś około 120 swoich służebnic zamordowała w najohydniejszy sposób — miała trochę talentu muzycznego, byłaby stworzyła jakąś przedziwną „Modlitwę dziewicy”, pisałaby Le souvenir de ma chaumière456 i wpędziłaby nieśmiertelną Bądarzewską457 w kozi róg.

— Teraz nam Przybyszewski zagra! — zawołał Knut Hamsun — i zamorskie zwierzę, egzotyczny przybysz — on, któremu w duszy bezustannie płakało:

Ferne komm’ ich her,

Über Berge, über Schlünde

grał wtedy jak opętaniec, długo, długo, bo wciąż słyszał: — Jeszcze! jeszcze!

Nagle zerwało się egzotyczne, zamorskie zwierzę: