— Teraz wam zagram najniesłychańszą rzecz, jaką Kościół katolicki w świętym swoim majestacie stworzył — a stworzył ją w jednym kraju, który posiadł klucze do tajemnic katolickiej wiary — w Polsce! Słuchajcie! Teraz zagram wam: Święty Boże, Święty Mocny!

Raz, drugi i trzeci!

I stało się coś zdumiewającego:

W głębokiej piwnicy grubego handlarza win rozległa się pieśń nad pieśniami: Święty Boże, Święty Mocny!

Wszyscy śpiewali — oczywiście bez słów, których by nawet wymówić nie mogli, ale z taką czcią i tak głębokim nabożeństwem, żem rady dać sobie nie mógł i z ciężkim trudem powstrzymywałem ciężki ryk płaczu — konwulsyjnego płaczu nostalgii za „tą jedną jedyną”, niech Bóg broni, „Ukrainą” — ale za Łojewem i tym cudownym kościołkiem w Górze, gdzie mi wielkiej a świętej pamięci ksiądz Kompf dawał pierwszą komunię.

A, prawda! Obecnym był również słynny norweski rzeźbiarz Stefan Sinding458, który rok później miał mnie serdecznie gościć w swoim atelier w Kopenhadze.

Opowiadałem mu, że podczas tej pieśni ciężko grzeszni ludzie kładą się krzyżem na posadzce kościoła.

— Jak, jak? — pytał z gorączkowym zaciekawieniem.

— Ot tak! — i wyciągnąłem się na krzyż w piwnicy handlarza win w Oslo, i ryknąłem ciężkim płaczem — ha, ha, ha! — z tęsknoty za Łojewem...

Całkiem jasny był dzień, gdym się obudził — jasny? przecież tam w Norwegii wciąż było jasno — pamiętam, że o jasnym dniu zaprowadził mnie Jappe do swego mieszkania, bo do mego hotelu było za daleko.