A obudziłem się, bo ktoś na mnie krzyczał: „Sposób459 się do śmierci!”.
Siadłem na posłaniu, z trudem się zorientowałem, gdzie jestem, przetarłem oczy... ujrzałem kochanego Jappe, stojącego na swoim łóżku z wyciągniętym rewolwerem.
— Gotuj się na śmierć! — wołał Jappe.
Nie miałbym nawet czasu odpowiednio się na śmierć przygotować, bo w tej chwili świsnęła jedna i druga kulka rewolwerowa naokoło mych uszu; a jakim cudem zdołałem opanować deliranta — tego już nie wiem.
I po cóż przytaczam ten głupi fakcik?
Jedynie dlatego, żem nigdy przedtem ani potem nie odczuł tak intensywnie pobliża śmierci, jak tego rana.
Dwa razy się w Gople topiłem i z trudem powrócono mnie do życia; zażyła była mi rozkosz śmierci już od najrychlejszego dzieciństwa: jakimś dziwnym przeczuciem czegoś strasznego gnana matka moja wpadła do pokoju, kiedy obłąkana ciotka moja schwyciła mnie, roczne dziecko, za nogi i huśtała w powietrzu, by mi o ścianę główkę roztrzaskać — i to opowiadanie przeżywałem z cichym uśmiechem — ale nigdy mi śmierć nie zajrzała tak głęboko, tak poufale w moje oczy, jak wtedy, gdym obezwładniał obłąkanego deliranta.
W tej strasznej chwili rozwarła mi się na oścież tajemnica śmierci, naokoło której już teraz ustawicznie krążyć jąłem. Oścież się w tej chwili zamknęła, ale wiedziałem już, kędy tajemnice śmierci spoczywają.
Na drugi dzień — punkt o dwunastej w południe — zetknąłem się po raz wtóry z Ibsenem; poznał mnie — skłoniłem mu się do nóg.
— A, a! — powiedział — już znam pana, słyszałem dużo dobrego o panu i dużo złego, ale to dobrze, bardzo dobrze, jeżeli o młodym artyście mówi się dużo złego — znowu głęboko się pokłoniłem. — A gdy pan przyjedzie do Berlina, niech pan pozdrowi mojego przyjaciela Blumenthala!