Wyrzuciłem z mych powieści wszystko, co dotychczas jedyną jej wartość stanowiło.
Wszystko, co się dawniej powieścią nazywało, stało się w mych powieściach jedynie celem, by ukazać ukryte w głębi duszy moce i przejawy, ujawnić źródła ich pochodzenia. Wszystko, co było w pochłanianych dotąd powieściach jedynym celem, stało się u mnie rzeczą podrzędną, śmiesznym akcydensem. Fabuła najprostsza w świecie, bez żadnych zawikłań, które by mogły uwagę czytelnika w naprężeniu utrzymać: nie wiadomo, co, gdzie i kiedy się coś dzieje — wyrzuciłem z mych powieści wszelkie opisy, wszelkie przejawy zewnętrzne, które by nie były albo być nie mogły psychicznymi projekcjami danego stanu, w którym się dany osobnik znajduje — boć przecież jasne, że zrozpaczony człowiek nie będzie się zachwycać jakimś krajobrazem albo choćby i najfantastyczniejszym zachodem słońca; milczałem, gdy mój bohater wygadywał rzeczy, jakich bym ja sam nie był w stanie wypowiedzieć, bolałem niewymownie, gdy popełniał czyny, które mnie grozą przejmowały — przywarłem do duszy ludzkiej z tą samą ciekawością, z jaką się anatom-fizjolog do interesującej sekcji zabiera.
Pragnąłem dać człowieka w całej jego „pełni” — w jego wniebo- i w piekłowzięciach; dać duszę człowieka gubiącą się w otchłaniach bólu, w tych ciemnościach, w których groza, przerażenie, rozpacz i najstraszliwsza udręka istnienia wszechwładnie panuje, nierozwiązalne, piekielnym strachem duszę ludzką skręcające zagadki w ciężkich snach się wiją, rozpasana „chuć” szatana parzy się z bolesną tęsknotą duszy wygnanej z raju, a potworne okrucieństwo pławi się w mistycznych zmrokach najgorętszych wzniesień ku Bogu.
Całe nieporozumienie — fatalne nieporozumienie, że chciano czytać moją powieść tak, jak się czyta Kraszewskiego lub Sienkiewicza.
Opuszcza się rzeczy, które stanowią istotną kanwę powieści — w moim znaczeniu — to znaczy cały świat myśli i zagadnień, które twórca w danej formie pragnie uwięzić, a szuka się tylko treści. I w tą ubożuchną treść wkłada każdy czytelnik lub krytyk według swego psychicznego założenia to właśnie i to jedynie, co go najwięcej zajmuje i myśli jego pochłania.
Szuka przede wszystkim zmysłowej podniety.
A wszechwładnie opanowuje umysł przeciętnego czytelnika pornokracja.
Czytelnik lub krytyk, zamieszkujący niezmierne obszary pornokracji, a co jest równoznaczne z obłudą, wstydzi się sam siebie; a maską jej na zewnątrz to ten piekielny cant (wytwór angielskiej umysłowości, a Anglia, jak wiadomo, jest najrozpustniejszym społeczeństwem w Europie), ta ohydna, potworna obłuda, która w każdym utworze szuka przede wszystkim pornografii, a doszuka jej się niechybnie w najskromniejszym akcie miłosnego złączenia, choćby ono w twórczej duszy z najczystszego źródła wypływało — najczystsze naczynie zapełni po brzegi niechlujną treścią własnej fantazji, a gdy tego dokona, rzuca się z sadystyczną wściekłością na cały utwór.
Och! ten ohydny, potworny, niechlujny cant krakowskiego cenzora za czasów, gdym wydawał „Życie” w Krakowie!
Tolerował najsprośniejsze utwory istotnych pornografów w „Bocianie”485 — podczas długiego pobytu w Europie nie znalazłem równie niechlujnego pisma — a konfiskował „Szatana” Vigelanda i zniszczył mi ostatecznie „Życie” konfiskatą mego De profundis!