Najgłębszy, najserdeczniejszy pokłon, drogi mój Zenonie, na którego Z czary młodości kształtowałem mój język polski, za Twoją nieskończenie dobrą gościnę, jakiej u Ciebie doznałem!
Jedno z najpiękniejszych wspomnień moich — najcudowniejsza kropla, która przelała się poza brzeg Twej kosztownej Czary!
A teraz — teraz, kiedy już się stałem tym małym, maleńkim Schopenhauerem534, którego można czytać od początku do końca i na odwrót: od końca do początku, bom nie wiedział jeszcze wtedy, że mam jeszcze coś do powiedzenia, i to bardzo, bardzo dużo, a jeżeli dotychczas nie wypowiedziałem, toć przecież rozwarte przede mną na oścież mnóstwo żyć — stał się dziwny cud.
Wróciłem z Hiszpanii goły jak turecki święty — na razie zwrócił się do mnie z doraźną pomocą Zenon Przesmycki, ale i on sam ostatnim groszem gonił.
I takoż się stało, żem przez Przesmyckiego poznał dwóch nieskończenie mi drogich braci Siedleckich535, Franciszka (znanego artystę malarza) i Michała (profesora uniwersytetu w Krakowie), parę zdumiewająco pięknych braci.
Zaprowadzili mnie do niezmiernie gościnnego domu pp. Danyszów — gdzieś tam w Auteuil. Pamiętam piękny ogród, na wskroś polski dworek, niezmiernie uprzejmą panią domu, Danysza samego, który przypominał mi uczonych niemieckich, ale w jak najlepszym stylu — kto wie, czy nie tkwiło w nim albo nie tkwi coś z tego Curie, który w kieszonce od kamizelki chował odrobinkę radu, nie wiedząc o tym, że to radium może mu wątrobę i nerki przepalić? — i w domu pp. Danyszów dokonał się najważniejszy etap mego życia.
Bogata była kolacja, którą państwo Danyszowie na cześć znanego już Polaka, rozsławiającego imię polskie poza granicą — coś niecoś już znane we Francji — wystawili; bogata i kochana, i niezmiernie dobra była ta cała ich gościna, ale najgłębiej utkwiła w mej pamięci — gdybym powiedział „osoba”, to byłoby istotną obrazą — nie utkwiła, ale utkwił aż do samego dna duszy — człowiek? — zjawa? — przeznaczenie? — zesłaniec Boga moich losów?
Bo ja wiem?!
Kazimierz Dłuski536!
Panie Kazimierzu, byłeś Ty wtedy — a to było na początku maja 1898 roku — byłeś Ty świadom, kiedyś siedział przy mnie przy fortepianie, na którym ja łokciami, knykciami wygrywałem Fis-moll Sonatę Schumanna, Fis-moll Polonez Szopena, byłeś Ty w tej chwili świadom, gdyś mi jął mówić o Paderewskim, że on jedyny mógłby się na mojej barbarzyńskiej muzyce poznać i ją pokochać; och! Chryste Panie! byłeś Ty świadom tego, żeś w tej chwili — nie! w tych godzinach mego obłąkanego grania, którego Ci dosyć nie było — pokierował całym moim dalszym losem?! Wyobrażam sobie, co to musiał być za list, pisany przez Dłuskiego do Paderewskiego, jeżeli już za tydzień otrzymałem parę tysięcy franków, które mnie wyzwoliły z bolesnej prusko-berlińskiej, tak nieskończenie bolesnej niewoli — może bym dotychczas gnił w tej niewoli, boć jak było się z niej wyzwolić?