A nigdy Bóg się inaczej nie objawiał, jak w świetle i ogniu. Wszelakie światło w kościele katolickim symbolizuje to jedyne żyjące światło — najczystszy, ostatni, z wszelkiej skazy oczyszczony objaw płynącej, płonącej, w blasku rozkwitłej materii, która przestała być materią i teraz pnie się w górę, wzwyż poza wszystko, co jeszcze się „sobą” nazywało, ku nieznanemu, wiekuistemu, jedynemu wiekuistemu światłu, wobec którego wszystek ogień tu na ziemi — głuchą ciemnością.
Ogień jest schechinah Boga — Bóg zjawił się w ogniu i zamieszkał w ogniu — ogień skradziony, nasz, zmaterializowany ogień ziemski, choćby się nawet w ultrafioletowych promieniach przejawiał, to władztwo Boga ciemności — Lucyfera. Och, jak piekielnie biedny ten skradziony ogień!
Trzeba tylko patrzeć na ogień innymi oczyma, jak tymi bezdusznymi, obojętnymi, jakimi przywykliśmy patrzeć na wszelką rzecz.
Cóż my o ogniu wiemy? — Jedyni, którzy o nim coś wiedzą — okultyści, alchemicy — milczą i z ciężkim trudem wykrada się im drobinki ich tajemnicy.
Ogień spoczywa choćby i w najświetlistszej naszej materii — wszystko, co jest materią, jest grobem żywcem pogrzebanego ognia — i pod tym względem nie różni się człowiek w niczym od najtwardszego kamienia, jakim jest krzemień i diament. I w jednym, i w drugim spoczywa głęboko ukryte serce ognia i trzeba wielkich wysiłków i wielkiej mocy, by to serce poruszyć i zmusić je, by buchnęło płomieniem i rozlało poprzez opokę skalistą lejący się strumień istotnego Ognia-wody, jaki Mojżesz ze skały swą laską wykrzesał.
Wszelaka materia — czy ją nazwiemy kamieniem, czy też cielesną naszą powłoką — dusi, dławi, więzi, kiełzna najdzikszą torturą ogień, musi go więzić, bo inaczej pożarłby całe światy. Tym samym więzieniem dla ognia, jakim jest krzemień lub diament, całkiem tym samym, tylko stokroć razy gorszym, są zmysły w skorupce duszy — w cielesnej naszej powłoce — a dla ognia-duszy sromotniejszą katownią ciało człowiecze aniżeli kamień.
Bo i z kamienia łatwiej wykrzesać płomień, to, co jest koroną, równocześnie najcudowniejszym kwieciem, owocem i chwałą gorącości, aniżeli z człowieka. Krzemień jest grobem niewidzialnego ognia, ale silne uderzenie starczy, aby to wybuchające kwiecie gwałtownego rozrostu gorącości na zewnątrz wytrysło — a na nic się nie zda walić choćby i najwścieklejszym taranem o serce ognia w człowieku: z jednego na tysiąc, a z dwóch na dziesięć tysięcy buchnie na chwałę płomień i w tej chwili zanika; grube ciężkie płyty materii, jak płyty grobowców nad nim się zamykają. A jeżeli gdzieś tam ogień się naszym zdumionym oczom ukaże, to jest to, jak gdybyśmy złodziejskim okiem rzucili wzrok przez wąziutką szparę w całkiem inny, nieznany nam świat. Otóż ten ukryty, istotny ogień, więziony przez naszą cielesną skorupę, dławiony, duszony, torturowany przez nasze zmysły, miałem na myśli, gdym począł — 30 lat temu — o „nagiej duszy” majaczyć; o tym świetle, które raz po raz w naszej jawie, naszym materialnym świetle — to znaczy w grubej głuchej ciemności — zakwitnie i znowu znika, a na odwrót: dla naszego światła zmysłów jest spowite w najgrubsze opony ciemności.
„Naga dusza?”
Może nie było w całej współczesnej literaturze hasła, które by było wywołało tyle nieporozumień, zaciekłych szyderstw, kpin, drwin, tanich i najtańszych, a przeważnie ordynarnych dowcipów. Nie było dość jadowitej śliny, którą by nie opluwano tej nieszczęsnej nagiej duszy, bo był to właśnie czas, w którym najordynarniejszy pozytywizm święcił swe przedśmiertne triumfy.
A jeżeli teraz z głębokim wstydem i uczuciem ciężkiego upokorzenia staram się mój poroniony twór rehabilitować, to tym jedynie się ratuję i pocieszam, że w owym czasie miałem odwagę głosić to hasło i tą odwagą rehabilituję siebie wobec siebie samego.