Figlarny uśmiech przebiegł poprzez piękne usta magnata:

— Hm — powiedział — jak takie młode pisklę dostanie się na takie wyżyny, przecież pan rozumie, co to za wyżyna: cesarstwo niemieckie, to nie dziw, że dostaje głupich zawrotów głowy, które nawet niepoczytalność wywołują. Ale to dobrze dla nas, inaczej nie mógłbym tu, w pruskim osierdziu, polskich szkółek zakładać.

Niespożytą zasługą Kościelskiego to — niezmiernie ciekawy fakt — jego gorące i serdeczne zajęcie się Janem Kasprowiczem. To nie był stosunek magnata do jakiegoś tam przygodnego pupila! — Kościelski, sam poeta, chociaż jego tęsknota tworzenia przerastała o całe niebo możności wypowiedzenia się, Kościelski, który korzył się w bałwochwalczym nabożeństwie przed Słowackim, a całego Beniowskiego umiał na pamięć, wyczuł snadź geniusz w Kasprowiczu, otaczał go bardzo delikatną i wyrozumiałą opieką, bo dusza Kasprowicza była harda i podejrzliwa i aż nazbyt wydelikacona, by móc lub chcieć się korzyć przed tym, który mu jakąś przysługę zrobił. Już od rychłych lat, kiedy się pierwsze poezje Kasprowicza pojawiły, obchodził się z nim jak z sobie równym, podczas letnich wywczasów w Szarleju, podczas wielkich wakacji, zapraszał go do siebie, a do tego stopnia umiał ocenić nieskończoną wyższość Kasprowicza, że podczas ostatniego pobytu swego we Lwowie prosił go, by zechciał przeczytać mały tomik jego wierszy i ocenić, czy coś warte.

Tak! ten jego ostatni pobyt we Lwowie na tej słynnej „wystawie”, kiedy to w niezwykłym podnieceniu odsłonił karty, w jakie grał dotychczas z cesarzem Wilhelmem: po powrocie ze Lwowa popadł od razu w ciężką niełaskę.

Zdaje się, że chytry i podstępny Franciszek Józef podstawił mu wtedy nogę.

Jeżeli ktośkolwiek w Poznańskiem przez czas ostatnich pięćdziesięciu lat czeka sprawiedliwej i bezpartyjnej oceny swej działalności, tak politycznej, jak i społecznej, to właśnie Józef Kościelski.

Bez porównania większy jako człowiek aniżeli twórczy poeta, pozostawił po sobie jednakoż jeden wielki i ciekawy poemat, a tym było własne jego życie, jego gorące aspiracje, jego wykwintny i wytworny umysł i ukochanie tego, czego osiągnąć nie mógł, a czemu bałwochwalczą cześć oddawał.

I on pierwszy wystawił pomnik Słowackiemu w parku Miłosławskim.

Zarządcą Szarleja był przez długi szereg lat niezmiernie zacny człowiek, powstaniec w ’63. roku, Mikołaj Siemianowski, a mógł się szczycić nie byle jaką towarzyszką swego życia. Pani Michalina nie posiadała wprawdzie głębszego wykształcenia, ale w zamian za to prawdziwą kulturę serca i współczującą, we wszystko wnikającą intuicję. Z głębokim wzruszeniem wspominam tę piękną postać, a nie wiem dlaczego, ile razy ją wspomnę, przypomina mi się matka Szopena, Justyna Krzyżanowska.

Dziwne, jak się czasem najodleglejsze asocjacje kojarzą.