Między rodzicami moimi a rodziną Siemianowskich istniała głęboka i serdeczna przyjaźń, przez długi szereg lat niczym niezakłócona; pamiętam, że matka moja z nikim tak chętnie i serdecznie nie przestawała, jak z panią Michaliną.
Siemianowscy byli obarczeni liczną rodziną, ale dla nas, obu braci, mego starszego brata Wacława i dla mnie, istnieli oczywiście tylko najstarsi synowie Siemianowskich — Józef i Kazimierz, nasi rówieśnicy do tego stopnia, że była tam zaledwie różnica w miesiącach.
Braci Siemianowskich mieliśmy codziennie w Łojewie, bo uczęszczali, dopóki ojciec ich nie wysłał synów do gimnazjum w Inowrocławiu, gdzie starszy Józef kolegował z Kasprowiczem — do szkoły mego ojca, a często, bardzo często, biegliśmy do Szarleja, gdzie pani Michalina nas jak własne dzieci traktowała.
A Szarlej wywierał na mnie od małego dziecka silne i tajemnicze wrażenie.
W rozległym parku, ścielącym się aż do brzegów Gopła, można było na każdym kroku natrafić na fundamenty dawniejszej warowni, a na drugiej stronie Gopła sterczał wysoki „kopiec” z głębokimi fosami i wysokim nasypem, oddzielającym fosę od kopca.
To słynne szwedzkie szańce, z których ponoć Szwedzi kruszwicki zamek ostrzeliwali — co jest wcale prawdopodobne, bo po dziś dzień tkwi mnóstwo tych kamiennych, okrągłych kul w tak zwanej Mysiej Wieży.
Na tym kopcu siadywał długimi godzinami młody Jan Kasprowicz i tu powstały pierwsze jego poematy.
Z młodszym bratem Józefa, Kazimierzem, wiązała mnie od najwcześniejszego dzieciństwa nie przyjaźń — to za mało, ale gorąca miłość. Pamiętam go jako zdumiewająco uzdolnione dziecko, przedwcześnie, a bujnie rozwinięte; ponieważ Kościelski miał do Siemianowskich nieograniczone zaufanie, więc podczas jego niebytności cały pałac stał dla niego otworem — pałac jak pałac, ale bardzo ciekawa i piękna biblioteka.
I do tej biblioteki znalazł sobie dostęp dziewięcioletni Kaziu i wchłaniał w siebie wszystko, co mu się pod rękę dostało. Od niego otrzymałem po kryjomu i w wielkiej tajemnicy przed rodzicami pisma Bolesławity545, z których Czerwona para takie wrażenie na mnie zrobiła, że po nocach sypiać nie mogłem. A już do prawdziwej egzaltacji doprowadził mnie Kirdżali Czajkowskiego i Powieść bez tytułu Kraszewskiego.
Jeżeli już o „wpływologię” chodzi, to jestem głęboko przeświadczony, że ta najrychlejsza moja lektura stworzyła ten osad, przez który późniejsze wpływy i zdania przefiltrować się musiały.