Jeszcze do szesnastego roku mego życia pokutował w mej duszy bohater Powieści bez tytułu, Stanisław Szarski.

A już nie rozumiem, jakim cudem do samego dna wstrząsnęły mą duszą pamiętniki Napoleona na Świętej Helenie — prawdopodobnie apokryf, ale niemniej ciekawy, a co najciekawsze, że takie wrażenie na mnie zrobił.

Poza tym spędziliśmy, starszy brat mój i ja, całe lata dzieciństwa nad Gopłem, w Gople, a podczas zimy na Gople — to jezioro tak się zrosło z moją duszą, że siebie bez Gopła pomyśleć nie mogę.

Ale nigdy go więcej nie kochałem, jak podczas gwałtownych, kilkugodzinnych burz lipcowych, kiedy zaraz po południu robiło się tak ciemno, że świece trzeba było zapalać, kiedy olbrzymie błyskawice rozorywały niebo, które całe w ogniu stawać się zdawało, ryk grzmotów całą szkołą wstrząsał, a gęste pioruny sypały się na Gopło; pełno było na brzegu Gopła tych „piorunowych kamyszków”, które z przetopionego piasku powstały.

Nigdy go więcej nie kochałem, ale też się nigdy go tak nie bałem. Przecież mówiono mi, że właśnie to jezioro wszystkie pioruny ściąga, a biada temu, kto by się w tej chwili na nim znalazł.

Takich gwałtownych, długotrwałych burz nigdy potem nie przeżyłem. A może mi się to tylko tak zdaje, bo może żadne inne burze nie wywoływały na mnie takiego wrażenia, jak te, podczas których matka moja wyjmowała z szafy mosiężny krzyż, zapalała świecę gromniczną i odmawiała wraz z przerażonymi, śmiertelnie wylęknionymi dziećmi Loretańską Litanię546.

Ja słyszę, słyszę to:

— Wieżo z kości słoniowej —

— Módl się za nami! — wołały dzieci, zanosząc się od płaczu.

— Arko przymierza —