— Módl się za nami!

A niebo zdawało się na strzępy rozdzierać w straszliwych grzmotach, a tuż w pobliżu — bo za opłotkami zabudowań gospodarskich, walił raz po raz piorun w srebrne, wysokopienne topole, jakie dawniejszym zabudowaniom gospodarskim jako piorunochrony służyły.

A raz podczas takiej nocy, kiedy niebo w ogniu stawać się zdawało, uderzył piorun w szkołę — wyrzucił ojca z łóżka, w obrazie św. Cecylii, który wisiał nad łóżkiem matki, zrobił dziurkę, przeleciał do kuchni, spalił tam koszyk i żadnej innej krzywdy nie uczynił.

Obraz ten św. Cecylii przechowywała matka moja jako wielką relikwię.

Był to tak zwany „suchy” piorun, bo tuż po uderzeniu zwalił się deszcz, jak gdyby się chmura oberwała — inaczej byłoby uderzenie piorunu prawdopodobnie całkiem inne skutki wywołało.

A była to straszna noc; tym straszniejsza, że w domu nie było zapałek — rzadkość naonczas, i tak trzeba było całą tę noc przetrwać aż do rana, przerywaną co chwila: „A słowo stało się ciałem” wystraszonych dzieci, ilekroć razy szeroka błyskawica niebo rozorywała.

A kiedy jesienią zrywały się z całej nadgoplańskiej niziny tak silne wichry, że trudno było ujść parę kroków, a nocami tak się wzmagały, że nawet najokrutniejszy człek nie byłby psa na dwór wygnał, kiedy rozpoczęły się dzikie poświsty, skowyty, przeciągłe wycia wichru, toć to była najwspanialsza muzyka, jaką kiedykolwiek słyszałem.

Powiedziałem, że bez Gopła siebie pomyśleć nie mogę, a i Gopło mnie ukochało. Trzy razy się w nim topiłem, ale mnie przyjąć nie chciało — miałem tylko sposobność stwierdzić, że utopienie się to może najłagodniejszy rodzaj śmierci — nie chciało mnie przyjąć, mimo że nie było jednego lata, w którym by się paru ludzi nie utopiło. A ogromne wrażenie wywarła na mnie śmierć trzech chłopów, którzy wykradli parę miechów zboża z stodoły dziedzica folwarku Łojewa, chcieli je przewieźć przez zamarznięte Gopło; na środku lód się pod nimi załamał i wszyscy potonęli — uratowała się tylko jedna baba, ich wspólniczka — jej „kiecka” ją uratowała, bo mogła wydęta na powierzchni się utrzymać.

Och, jak mi się wżarł w pamięć ten ponury ranek, kiedy przez naszą wieś sunęły powoli te trzy trumny topielców, bez żadnego orszaku, nawet bez krzyża — boć to byli złodzieje — pochowano ich za parkanem cmentarza w Górze.

A w całej wsi była tylko jedna dusza, która głębokie westchnienie za zatracone dusze topielców ku niebu wysłała: anielska dusza mej matki.