— Przeżegnaj się — powiedziała do mnie — tylko Bóg ich osądzi.
Zresztą cała wieś była jak wymarła, z pogardy dla niecnych złodziei.
Rodzice moi, a zwłaszcza matka, przestrzegali, byśmy — brat mój starszy i ja — nie przestawali zbytnio z dziećmi chłopskimi, nie dla jakiegoś odgraniczania się, niech Bóg uchowa: ojciec mój był żarliwym demokratą, ale po prostu dlatego, że przykład, jaki te dzieci dawały, niekoniecznie był korzystny. Takich „Janków muzykantów” i tych wyidealizowanych dzieci chłopskich, od których się roi w naszej romantycznej, poromantycznej, a nawet pozytywistycznej literaturze, niezmiernie rzadko się po wsiach napotyka. Na ogół chłopak wiejski jest krnąbrny, zawadiacki, psotny, skłonny do znęcania się nad zwierzętami i słabszymi od siebie chłopakami, a w rzeczach płciowych bardzo rychło już uświadomiony. Od nich to dowiadywałem się mnóstwo rzeczy, które mi sen z oczu spędzały, a wstydliwą moją duszę piekącą udręką i wstydem nękały. Przy drogach żadne drzewko się nie ostało — bo je z jakąś zapalczywą zaciekłością albo łamali, albo z kory obdzierali, a nie było gniazdka jakiegoś ptaka, z którego by nie powybierali jajek, albo doszczętnie tych gniazd nie niszczyli.
Ojciec mój toczył srogą walkę z tym barbarzyńskim wandalizmem — raz po raz odbywał się w łojewskiej szkole sąd ostateczny z taką doraźnością, że chłopaki wracając ze szkoły czuli, jak im w nogawkach coś mokrego ścieka — ale to na nic się nie zdało. Do dziś dnia wszyscy obywatele skarżą się na to barbarzyństwo, toteż nie dziw, że na Kujawach, przynajmniej w dawniejszym zaborze pruskim, po drogach zwykłych rzadko znajdziesz jakieś drzewo. Tylko szosy państwowe są doskonale zadrzewione, dzięki temu, że rząd pruski ustanowił dozorców i stróżów, którzy dzień i noc pilnowali drzew.
A dziwna rzecz, że do dziś dnia ten niszczycielski zapęd nie osłabł. Podczas mego ostatniego pobytu na Kujawach547 (1927) tak samo uskarżano się na ten wandalizm, jak za czasów mego dzieciństwa.
Wprawdzie mi dzieci w Łojewie, gdzie byłem obecny podczas uroczystości nazwy szkoły łojewskiej szkołą Kasprowicza, skruszonym chórem przyrzekały, że nie będą już odtąd, by uczcić pamięć tego największego syna ziemi kujawskiej, pastwić się nad zwierzętami ani też drzew niszczyć, ale bardzo pesymistycznie się do tego przyrzeczenia odnoszę.
Ten brak drzew daje się zwłaszcza zimą bardzo we znaki. Gdy przyszły zawieje śnieżne, bardzo częste i gwałtowne w czasach mego dzieciństwa, traciło się całkowicie wszelką orientację. Bywało, że znajdowano ludzi zamarzniętych gdzieś na polu, bo zbłądzili z drogi i krążyli w koło godzinami, chociaż może niedaleko było jakieś osiedle. Za przewodnika służyło może gdzieś jakieś światełko, a śmiertelnie znużony wędrowiec mógł być szczęśliw, jeżeli dotarł do całkiem innej wsi jak ta, do której zdążał.
A późną jesienią, kiedy już ziemia zaorana lub też sczerniałe sterczą rżyska, zamienia się ta cała bezdrzewna, naga płaszczyzna w jakąś upiorną pustynię, a zwłaszcza wtedy, gdy się roztopi w jadowitej poświacie miesiąca. I w tej poświacie na bezdrzewnej pustyni chorzała nieraz dusza dziecka — nie na darmo żyje księżyc w okultyzmie hinduskim jako dawno już obumarła planeta, ale znajdująca się w ustawicznym rozkładzie zgnilizny, księżyc: jeden olbrzymi rezerwuar wszystkich trujących wpływów, jadowitych miazmatów, stokroć razy według Paracelsa548 potężniejszych od tych, którymi rzezalnie i lupanary tu na ziemi zioną.
W blasku miesiąca dojrzewają wszystkie zbrodnie i wszelakie ludzkie obłędy, a kiedy średniowieczna czarownica chciała mieć najskuteczniejszy środek, by komuś śmierć zadać, łany żyta zatruć, pomór na bydło sprowadzić, wystawiała swoją koszulę, krwią menstruacji zbrukaną, na działanie światła miesiąca. Darła ją na strzępy, a gdy pierwsza pojawiła się rosa, rozrzucała te strzępy po polach, kawałeczki dawała bydlęciu do pożarcia w paszy — a kogokolwiek z bliźnich tym strzępem dotknęła, wywoływała straszliwe owrzodzenie i śmierć — zgniłe, zatrute światło miesiąca było rodzicielką dżumy.
A dziwne: ile razy sięgam wspomnieniami wstecz aż het w najrychlejsze dzieciństwo, zastanawiam się nad tym niesamowitym wpływem tych nocy księżycowych, które tak kochałem i których się bałem — na cały mój ustrój nerwowy. Pewno, że był to jakiś rodzaj ukrytego lunatyzmu, całkiem tego samego rodzaju, jakim jest słynny somnambulisme caché.