Może niejednemu z moich czytelników wyda się to wszystko bredzeniem, ale owszem — ja tylko jedno mogę z całą pewnością stwierdzić, że księżyc świadomie czy też bezświadomie ma olbrzymi wpływ na duszę ludzką w mniejszym lub większym stopniu: może być tylko łagodnym narkotykiem, usposabiającym do cichych, spokojnych marzeń i rojeń, ale może być gwałtowną trucizną, gorszą od morfiny lub kokainy.

Och, niezapomniane noce, kiedym się wpatrywał w biegnący po niebie księżyc, a wraz rosła we mnie beznadziejna nieokreślona tęsknota nie wiadomo za czym i ku czemu, i taki ciężki smutek stłaczał się bolesnym ciężarem na duszę dziecka, i taki ogrom samotności wśród głuchej ciszy dawno już uśpionej wsi.

Czemu ja o tym wszystkim piszę?

Otóż aż nazbyt jestem tego świadom, że cały mój twór powstał w tej księżycowej poświacie — całę tę ciężką melancholię, wszystkie bolesne tęsknoty, cały ten pesymizm życiowy i ten życiobójczy determinizm wychował we mnie Księżyc.

— Gdyby twoja siła twórcza — powiedział mi raz Dehmel — była równie potężna, jak twoja tęsknota, byłbyś geniuszem.

Niestety, we wszystkim wyprzedzała tęsknota możność wykonania. A ileż ja to już całkiem z tej siły twórczej, którą ja rozporządzam, ograbionych męczenników tęsknoty w moim życiu nie napotykałem!

Cały legion tych nieszczęśników, których zaciekłe, a bezsilne pragnienie, by coś stworzyć, całkiem wykoleiło — nie tylko to, ale całkiem poza nawias życia wyrzuciło, przesuwa mi się w tej chwili przed oczyma — a na ich czele kroczy człowiek, którego po dziś dzień w wdzięcznej pamięci chowam: Roman Żeromski.

Wieś Łojewo składała się z kilku „gospodarstw”, na których osiadło kilku zamożnych gospodarzy — Słabęccy, Halagierzy, Górni, a do najzamożniejszych należała Habrzyna Zofia, wdowa po dwóch braciach, którzy na suchoty szybko po sobie wymarli. Z tego podwójnego małżeństwa pozostało czworo dzieci, dwie córki i dwóch synów, z których jeden tylko pozostał przy życiu — Kazimierz, który podczas powstania w Poznaniu w 1918 roku chlubną odegrał rolę. Cała jego rodzina wymarła również jak ojcowie na suchoty — choroba zresztą na Kujawach bardzo częsta.

Była prostą chłopką, ale już wychowana w tej zamożnej sferze gospodarskiej, która za arystokrację wśród okolicznych chłopów-gospodarzy uchodziła, a więc przywykła do rządzenia i rozkazywania, przy tym inteligentna, rzutka, ogromnie energiczna, sama już po śmierci mężów gospodarowała i to z takim skutkiem, że jej gospodarstwo było wzorowe na całą okolicę i wielkie zyski przynosiło. A że była przy tym bardzo ambitna, poczęła rywalizować z okoliczną szlachtą, miała powóz i konie cugowe, sprowadzała guwernantki dla swych córek, a jej synów przysposabiał do gimnazjum właśnie ten Roman Żeromski, o którym mówię.

Ja na tym najwięcej skorzystałem, bo Żeromski, który bezustannie w naszym domu przebywał, gorąco się mną zajął i tak mnie w ciągu pół roku doskonale przysposobił, że wstępując do gimnazjum dwie klasy przeskoczyłem.