Człowiek bardzo inteligentny, o wysokich aspiracjach artystycznych, jak to później, gdym się z nim spotykał, stwierdzić mogłem, chorzał namiętną manią, by zostać aktorem. W wolnych chwilach biegał po dużym ogrodzie, przylegającym do pięknego dworku Habrów, i deklamował — z pamięci — rolę Romea i Hamleta z takim zapałem, że nie zważał na to, iż chłopstwo obsadziło sztachety odgraniczające ogród od drogi prowadzącej przez wieś; zdaje się, że go to jeszcze więcej zapalało, bo grał swoją rolę z tak bezpamiętnym zacietrzewieniem, że wkrótce cała wieś okrzyczała go za wariata.

Jednego tylko miał nabożnego i żarliwego widza i słuchacza — dwunastoletniego chłopaka, przedtem doskonale już przez przeczytanie niemal całej biblioteki ojca przysposobionego, by piękność tych wierszy, które Żeromski deklamował, w siebie wchłaniać.

Wtedy to dowiedziałem się o Szekspirze, a może z większą jeszcze żarliwością upajałem się Królem Learem, Mackbethem, Hamletem i Romeo i Julią, aniżeli mój mentor, który razem ze mną, a raczej dla mnie, a możliwe, że jedynie dlatego, by mieć jakiegoś słuchacza, dramaty te czytywał z takim wzruszeniem i z taką siłą ekspresji (wystawcie sobie chłopaka, na którego nawet najlichszy aktor — może właśnie dlatego — olbrzymie wrażenie wywiera), żem często gęsto rzewnymi łzami się zalewał na nieszczęsne losy Szekspirowskich bohaterów.

To było moje pierwsze zapoznanie się z teatrem i dramatem. Wyobrażam sobie zdumienie mego profesora w drugiej klasie gimnazjum toruńskiego, który, aczkolwiek zażarty Niemiec, dziwnie mnie sobie upodobał — Schlockwerder się nazywał — gdym przypadkowo zdradził mu się z znajomością Szekspira. Z początku myślał, że ja znam tylko nazwisko, ale gdym umiał parę dramatów streścić, podał mi rękę i powiedział: Das ist brav — ten uścisk ręki surowego profesora, który tylko w najrzadszych wypadkach ucznia pochwalił, pozostanie na zawsze w mojej pamięci, jak również chłosta cielesna, wymierzona przez niego, a na próżno do dziś dnia mózg wysilam, by zrozumieć, za co ją otrzymałem.

Biedny Żeromski pozostał wierny teatrowi; tułał się po prowincjonalnych teatrzykach, aby wreszcie jako sufler rozstać się z swymi biednymi snami o sławie, o triumfalnym panowaniu na deskach scenicznych, pogrześć w budzie suflerskiej wszystkie swoje tęsknoty i pragnienia; a jednym z najgorętszych jego pragnień była rola Żdżarskiego w Dla szczęścia dawnego jego ucznia.

Raté ça encore raté — ten bolesny wykrzyknik, który się wydarł z ust van Gogha549, gdy mu się nawet jego samobójstwo nie powiodło — brzmi mi bezustannie w uszach, gdy wspomnę Żeromskiego, który mi pierwszy otworzył oczy na scenę.

III

Do jakiegoś 1875 roku było położenie Polaków w Poznańskiem względnie dobre. Można było poonczas jeszcze śpiewać pieśni narodowe, urządzać narodowe obchody i nosić maciejówki: czworograniaste kaszkiety z daszkiem na oczy. Rząd pruski na to wszystko przymykał jedno oko i na ogół panowała względna swoboda.

Jakiegoś antagonizmu narodowego, a tym mniej jakiejś nienawiści pomiędzy Niemcami a Polakami nie było prawie śladu. Tak np. jeszcze przez Fryderyka Wielkiego skolonizowane Sikorowo z swoją niemiecko-ewangelicką ludnością żyło w doskonałej przyjaźni z Łojewem i Szymborzem, a do niemieckiej szkoły w Sikorowie wysyłał nas — dwóch najstarszych synów — ojciec mój, byśmy się uczyli po niemiecku, bo w łojewskiej szkole język ten był na indeksie mego ojca.

Niewieleśmy skorzystali w tej szkole, bo dzieci niemieckie chętniej posługiwały się językiem polskim aniżeli niemieckim, właściwie dialektem niemieckim, tak zwanym Plattdeutsch, jakim się dotychczas chłopi niemieccy w Prusiech posługują.