Ale to wtedy tylko nastąpić może, jeżeli całe społeczeństwo poprze „nasze” wydawnictwo, nie pozwoli „nam” niszczyć najlepszych sił naszych na reporterstwie przy biurkach dziennikarskich albo je zużywać na przekłady z obcych literatur.
Ale to wtedy tylko nastąpić może, jeżeli „miarodajne organa” tego samego społeczeństwa nie będą „nas” obrzucać błotem, ale całą siłą poprą nasze usiłowania, choćby były i zupełnie sprzeczne z ideałami ogółu.
Trzebaż to wreszcie zrozumieć: co kilkadziesiąt lat odgrywa się ta sama smutna komedia. Dziś pojąć nie możemy, że z taką zaciekłością rzucano się na romantyków, a to samo pomimo tak świeżej tradycji teraz znowu się powtarza.
Czy to tak trudno pojąć, że sztuka potrzebuje „przeróżnych prądów”, tysiącznych „kierunków”, aby wreszcie wydać Mesjasza, w którego duszy to wszystko się zespala, przetapia i zlewa w jedno potężne koryto? Czyż to tak trudne do pojęcia, że potrzeba chaosu, by gwiazda porodzić się mogła?
A jeżeli polskie społeczeństwo nie jest jeszcze dostatecznie zamerykanizowane, jeżeli żyje jeszcze w nim ta święta tradycja, jaką nam w spuściźnie nasi wielcy przekazali, że panowanie nasze to Królestwo Ducha, to niech nie niszczy sił. Niech pomni na to, że każda, chociażby słaba, jest konieczną składnicą tej wielkiej, potężnej siły, jaka się w Szekspirze czy Byronie, Mickiewiczu lub Słowackim objawiała...
(Ustawicznie miałem na myśli wielkiego człowieka artystę, dla którego pragnąłem być niczym więcej, jak tylko Janem Chrzcicielem — wierzyłem niezłomnie, że nadszedł już czas jego rychłego przyjścia, chciałem mu w splątanej dżungli ówczesnej umysłowości jakąś ścieżkę wyrąbać, przez którą już bez przeszkód mógłby kroczyć, chciałem obudzić dusze, tępym snem spowite, by mogły godnie tego Mesjasza przyjąć, który naszemu panowaniu w Duchu nowego blasku miał przysporzyć. A jeżeli się nie mylę, zbytnio się nie łudzę, to istotnie splanowałem potwornie wyboistą drogę tym, którzy przyjść mieli, by stworzyć tę istotną Młodą Polskę, której wtedy jeszcze nie było; przysposobiłem umysły na godne przyjęcie tych, którzy by może bez przygotowawczej pracy w „Życiu” nierychło byli zrozumiani, przeorałem kawał spiekłego ugoru, na którym właśnie miał w niebo wytrysnąć kipiący gejzer Hymnów Kasprowicza. Byłem istotnie poonczas Winkelriedem. Gdy pomyślę, co uchodziło w literaturze za zbrodnię, gdym „Życie” obejmował, a jaka przemiana w wartościowaniu nastąpiła, gdym je już grzebał, to jestem zdumiony, jak szybko się dokonała. Ten „nieczysty”, wywrotowy ton, który ponoć do piśmiennictwa polskiego wniosłem, stał się już jakąś naiwną fujarkową piosenką wobec erotycznych żarów Żeromskiego, a jeżeli ja wobec społeczeństwa posługiwałem się basałykami612, po mnie wolno już je było chlastać skorpionami.)
Nie chcę taić (piszę dalej), że objąłem „Życie” w upadku. Nie zobowiązuję się do niczego, nie robię żadnych przyrzeczeń, bo byt „Życia” nie zawisł ode mnie, ale od poparcia społeczeństwa, poparcia, jakiego — ze wstydem dla społeczeństwa — „Życie” dotychczas zupełnie nie znalazło.
(Znaleźć miało niestety tylko przez krótki czas, jak długo byłem „modą” — ale ta „moda” okazała się wkrótce wysoce niewygodna, drażniąca, wyzywająca, której się czym prędzej wyzbyć chciano, ale już na szczęście wtedy, kiedy pewne przeobrażenie w umysłach publiczności się dokonało.)
Programu nie mam żadnego, bo sztuka go nie ma. Wolno każdemu wtłaczać jakieś programy w artystyczne cele artysty samego, nie można nikomu zakazać, że wyczytuje z dzieł autora rzeczy takie, o których autorowi się nie śniło, ale trudno narzucać sztuce jakiś program. Sztuka granic nie zna, bo życie ich nie zna. Wszelki przejaw duszy, niezależnie od tego, czy jest w naszym — he, he! „naszym” — pojęciu dobry lub zły, jest substratem sztuki, zależy jedynie od tego, w jaki sposób jest odtworzony. A więc wszystko, co silne, co twórcze, co wielkie, niezależnie, czy pisał to jeden ze „starych” lub ktoś z „młodych”, czy jest w pojęciu „Przeglądu Powszechnego”
(pismo klerykalne, które w pierwszej chwili gwałtownie na mnie napadło)