I odtąd stało się „Życie” tym, czym powinno było być od samego początku, a więc pismem ściśle literackim620.
Szablon tygodników warszawskich pozytywistów dawno się już był przeżył, bo właściwie przemycano w tygodnikach tak zwanych „literackich” głównie tendencje społeczne („Prawda”, „Głos”, „Przegląd Tygodniowy”), ale pismo takie to ni pies, ni wydra. „Społecznikostwo następowało przeważnie na pięty literaturze, a ta literatura zdobywała sobie o tyle miejsce, o ile była odzwierciadleniem społecznej ideologii”.
Toteż niesłusznie żegnała „Życie” pani Daszyńska rozżalonymi słowy, wyrażającymi zawód, jaki ją spotkał:
Nowoczesna sztuka zazdrosną jest i wyłączną, zahipnotyzować pragnie ludzi, odwrócić ich uwagę od wszelkich zadań społecznych, poniża naukę i wszelaką świadomą a celową działalność, w ludzie widzi przeszkodę dla indywidualności prawdziwych lub mniemanych wielkich ludzi621.
A przecież tu chodziło o całkiem coś innego — co by pani Daszyńska powiedziała na to, gdyby ktoś zechciał ministerium sztuki zrobić apendyksem ministerium dla handlu, przemysłu lub robót publicznych?
I teraz weszło „Życie” na właściwe tory, chociaż w ostatnich czasach tak czy tak został dział naukowo-społeczny zepchnięty na krawędź i coraz więcej ustępował literaturze.
Przecież już w pierwszym kwartale pod moją redakcją drukowałem wspaniały poemat-dramat Wyspiańskiego Warszawianka622, który niezadługo potem wystawiony na scenie teatru krakowskiego przez Tadeusza Pawlikowskiego623 za moim usilnym i gorącym wstawiennictwem (sam Pawlikowski nie miał dystansu do tworu Wyspiańskiego) — miał wywrzeć bardzo silne wrażenie. Marię w Warszawiance grała Wanda Siemaszkowa624 z taką wizyjną mocą i współtwórczą siłą, że wyolbrzymiła Marię do potęgi jakiejś złowrogiej Kasandry, a wstrząsający dreszcz wielkiego objawienia zbiegł całą widownię, gdy Maria-Siemaszko opadła całym ciężarem na klawisze szpinetu, wyczerpana proroczą wizją.
Rzadko kiedy przeżywał teatr krakowski tak wielką i uroczystą chwilę. Wprawdzie krótko potem padł dramat Wyspiańskiego Lelewel i paść musiał, mimo wszystkich wysiłków aktorów, bo ten całkiem niesceniczny dramat był raczej rozprawą, a nie dramatem, ale Warszawianka zaryła się już tak głęboko w serce krakowskiej publiczności, że odtąd zaczęto poważnie liczyć się z Wyspiańskim, który w dwa lata potem miał stanąć swym Weselem na piedestale wieszcza narodowego.
Dla mnie był Wyspiański pogrobowcem tak zwanego romantyzmu, uosobionym w trójgłowym (polskim Triglavie) fetyszu, a może i bóstwie narodowym: Mickiewicz-Słowacki-Krasiński, ale wątpię, czy w całym wszechludzkim piśmiennictwie znalazłby się twórca, który by się stał w tej ogromnej mierze „epilogiem” zdałoby się już całkiem zamkniętej epoki.
Jako człowiek był Wyspiański niezmiernie skryty i rzadko kiedy swe myśli wypowiadał. Nie można się było nigdy od niego dowiedzieć, co o tym lub owym artyście myśli; tylko wtedy, gdy była mowa o Matejce, zapalał się i nie znosił, jeżeli ktośkolwiek do Matejki krytycznie się odnosił.