Do pracowni jego, wąskiego pokoju w małej, teraz już nieistniejącej kamieniczce, naprzeciw głównej nawy Kościoła Mariackiego, trudno się było dostać i rzadko kogo do niej wpuszczał; zdawał się przyjaźnić z Lucjanem Rydlem, co mu nie przeszkadzało ośmieszać go wyraźną kpiną, a wyobrazić sobie można zdumienie Włodzimierza Tetmajera, gdy go nagle zaprosił w kumy przy chrzcie swoich trojga dzieci.
O tym już zgoła nikt nie wiedział.
Kochał muzykę, a może mało kto znał tak dokładnie Wagnera w Krakowie, jak właśnie on — i w poezji doszukiwał się przede wszystkim muzyki: de la musique avant toutes choses; toteż nie dziw, że ukochał sobie Maeterlincka tomik poezji: Serres chaudes625 — każdy poemacik ilustrował na marginesie, a nawet poprzez drukowany tekst ołówkiem; a przeważnie odtwórcza wizja Wyspiańskiego górowała nad tekstem Maeterlincka. Cały ten bezcennej artystycznej wartości tomik rozszarpano po śmierci Wyspiańskiego, kilka zaledwie stronic zdołał uratować namiętny wielbiciel Wyspiańskiego w Krakowie, Włodzimierz Żuławski, kilka stronic znajdziesz porozrzucanych w rękach prywatnych, którzy je powykupowali od żydowskich antykwariuszy, ale gdyby ktoś zdołał zebrać całość, spełniłby wielki istotnie czyn: nazwisko Wyspiańskiego, złączone z Maeterlinckiem, stałoby się bardzo ważną propagandą w Europie dla twórczości polskiej.
I kochał gotyk: widziałem u niego całe stosy rysunków, oddających z zdumiewającą wnikliwością najpiękniejsze szczegóły katedr gotyckich we Francji, w Paryżu, Chartres, Orleans, Amiens, których zwykłe oko przeważnie nie dostrzega, a które on tylko dostrzec zdołał, bo sam miał w sobie tę skrytość i tajemniczość gotyckich mistrzów, którzy największe piękności starali się ukryć przed oczami profanum vulgus626.
Z jakim zachwytem wpatrywałem się w te jego architektoniczne rysunki, a jestem przeświadczony, że Wyspiański byłby się mógł, gdyby był zechciał, wypowiedzieć w architekturze z równą, jeżeli nie większą siłą, jak w malarstwie i literackim swym tworze.
O sobie nigdy nic nie mówił, niezmiernie rzadko objawiał swoje sympatie, a jeszcze rzadziej antypatie, chyba że czasami w mocno złośliwością zabarwionym sarkazmie dawał odczuć dystans między sobą a osobnikiem, którego nie lubił.
Gdy mu się ktoś sprzeciwiał w jego sądach i zamierzeniach, zdawał się słuchać, ale też tylko „zdawał”, bo w istocie obcy sąd dla niego nic nie ważył — był apodyktyczny aż do dziecinnego uporu nawet w takich rzeczach, które powinien był zrozumieć: np. brak pieniędzy. Ponieważ podówczas nikt w Krakowie nie mógł dostarczyć kliszy do rysunków, zamawiał je Wyspiański w Pradze, a te znowu były bardzo kosztowne. Zwróciłem mu uwagę, że „Życie” żadną miarą tych kosztów pokryć nie może, odpowiadał uporczywie: — Pieniądze znaleźć się muszą! — Ale skąd? — pytałem. — Każdy, kto ma pieniądze — odpowiadał — powinien by sobie za zaszczyt uważać, że łoży na „Życie”. — Roześmiałem się boleściwie na ten argument, ale żadnej rady nie było: klisze trzeba było na poczcie wykupić — trzeba było się zapożyczać. Raz i drugi dźwignął śp. Michałowski, ojciec młodo zgasłego malarza Michałowskiego, rówieśnika Artura Grottgera, jeżeli mnie pamięć nie myli, „Życie” z najcięższych opresji, ale to też tylko do czasu — wprawdzie „Życie” wzmogło się od razu kilku setkami abonentów, więcej aniżeli miało ich dotychczas, ale daleko było do tego, by mogło pędzić swój żywot o własnych siłach.
Kwestia finansowa Wyspiańskiego nic nie obchodziła: pieniądze musiały się znaleźć i na tym koniec.
Było z nim mówić o jego tworze, uśmiechał się o mało co że nie dobrotliwie, bo cóż mu mógł ktoś o nim samym powiedzieć?
Ile razy z nim mówiłem, miałem wrażenie, że mówię do artysty tak świadomego swej mocy, że go nic zgoła jakiś obcy sąd nie obchodził, a ustawicznie przychodził mi na myśl wiersz niemieckiego liryka, Arno Holza, który kpi sobie z całego świata, bo: