Ich bin mein eigener Dalai-Lama,
Ich bin mein eigener Jesus Christ!
Stosunki, w jakich poonczas Wyspiański żył, były więcej niż opłakane — przypadkiem tylko się dowiedziałem, jak ciężko musi się z życiem borykać. Do Krakowa przyjechał wtedy jeden z bogatych Natansonów, który chciał w Warszawie stworzyć wydawnictwo, jakiego tam jeszcze nie było — słowa Natansona — i z tym przyjechał do mnie. Od razu zaprowadziłem go do Wyspiańskiego. Natansonowi chodziło o ilustracje do jakiegoś dzieła, a Wyspiański doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. Uchodził przecież Natanson za człowieka, który nie wie, co z swym milionem począć. Ale miast zachęcić Natansona, czynił Wyspiański wszystko, by go od siebie odstręczyć. Z ciężkim trudem ratowałem sytuację, bo Wyspiański milczał, a gdy wreszcie Natanson położył na stole dwieście guldenów zaliczki, nie raczył nawet na nie spojrzeć. A przecież te pieniądze były w danym razie dla niego ratunkiem.
„Życiu” oddał Wyspiański nieocenione przysługi. Co za olbrzymia różnica w wyglądzie zewnętrznym „Życia” za czasów Szczepańskiego, a tego „Życia”, którym mógł Wyspiański swobodnie rozporządzać.
Kilka równoległych linii u góry i dołu jako obramowanie tekstu, umiejętne rozmieszczenie tegoż, tak że obok jednej zadrukowanej kolumny pozostawała druga, na której zwykle był pomieszczony jakiś rysunek, staranny dobór rozmaitego typu czcionek — otóż to te najprostsze środki, które dawały „Życiu” ten wysoce artystyczny wygląd, który po dziś dzień mógłby świecić przykładem.
Praca Wyspiańskiego naokoło „Życia” była w ogóle dla całego drukarstwa polskiego niejako rewelacją. Na „Życiu” wzorowała się istotnie cała współczesna typografia polska.
Nieobliczalny i niedostępny, Wyspiański bywał niekiedy boleśnie szczery.
Byłem świadkiem przykrej sceny. Jeden z jego najgorętszych wielbicieli zaproponował mu na uczcie, którą specjalnie dla niego urządził — „ty”. Wyspiańskiego jakby osa ukąsiła:
— A to z jakiej racji? — zapytał, aksamitnie uśmiechnięty, ale tym swoim uśmiechem, który mógł człowieka na całe mile odrzucić.
Poonczas pozostawało „Życie” w bardzo bliskich i serdecznych stosunkach z czeskim miesięcznikiem „Moderní Revue” Arnosta Procházki. Już na parę lat przed moim przyjazdem do Polski zwrócił się do mnie Arnost Procházka, a drukował wszystko, com jeszcze w niemieckim języku ogłaszał, równocześnie w swoim miesięczniku. Nazwisko moje stało się nagle w Czechach popularne, zanim jeszcze ktoś w Polsce coś o mnie wiedział. A w Pradze studiował wtedy Maciej Szukiewicz i Szukiewicz rozgłosił pierwszy moje nazwisko w kilku felietonach w Polsce i zwrócił się do mnie kilkoma bardzo serdecznymi listami, a listy te były pierwszym nawiązkiem między mną a Polską. Tak więc dostałem się do Polski właściwie przez Pragę.