Jacyście Wy naiwni! Macie przecież do czynienia z megalomanicznym obłędem: to, co czytacie, to stek niezrozumiałych, obłąkanych słów — to, co słyszycie, to infernalna kakofonia — to, co widzicie, to majak chorych oczu, przed którymi deliryczne wizje przelatują — idźcie zatem spokojnie do domów Waszych i cieszcie się, że — My! — nie dopuściliśmy, by Was na manowce wprowadzić!”
I publiczność przysłuchuje się z zapartym oddechem tej mowie, szczęśliwa, że wreszcie swobodnie odetchnąć może.
Publiczność nie zajmuje się sztuką — ma ona tylko głuchą tęsknotę za sztuką, ma pragnienie zrozumienia tych objawień w niejasnym przeczuciu, że są one zarówno objawieniem własnej jej duszy, ale nie jest w stanie sama o własnych siłach o wartości tych objawień w sztuce rozstrzygać. Nie śmie! Publiczność jest nieśmiała i pokorna. Czasami jedno słowo starczyłoby, aby obudzić w niej głębsze zainteresowanie — ba! nawet entuzjazm dla jakiegoś tworu — rozumie niby, ale nie rozumie, bo nie dowierza sobie i szuka bezradnie wokół siebie tego „powołanego”, który by jej rzeczy zaledwie przeczute mógł jasno uświadomić.
Publiczność zwraca się do artysty, ale ten się hermetycznie od niej oddziela śmiesznie głupim: odi profanum vulgus et arceo, więc zirytowana — wreszcie zirytowana — udaje się po poradę do wszechwiedzącego znachora, jaki tronuje w każdej szanującej się redakcji, by ten jej rzecz całą wytłumaczył.
A taki znachor-krytyk wie wszystko: nie miał nigdy pędzla w ręku, a jednakowoż poprawia z zdumiewającą pewnością obrazy malarzom, wytyka im błędy, które są istotnymi zaletami, a sławi ponad wszystko szczegóły, których malarz się wstydzi; — on wytyka pisarzom wpływy, o których im się nie śniło, przytacza wrzekomo kradzione ustępy z książek, których ten biedny autor nigdy nie czytał, robi go duchowym synem jakiegoś kraju, w którym ten nieszczęsny autor przypadkowo przebywał — o, quos ego631? — poprawia mu dramaty, właśnie w tych miejscach, które autor w najgłębszym natchnieniu tworzył; — a przy tym sypie jak z rękawa taką oszałamiającą obfitością wiedzy filozoficznej, historycznej, socjologicznej, zdumiewa znajomością Bóg wie jakich prawideł estetycznych, począwszy od Arystotelesa aż do Dmochowskiego, tak że publiczność, całkiem ogłupiała tą przerażającą potęgą infernalnego nieuctwa i pychą nadętej tępoty, zapomina całkiem o obrazie czy to o utworze autora — podziwia tylko erudycję swego znachora, znajomość dat, galerii, obcowanie z uznanymi już wielkościami, a przede wszystkim niezawodzącą sprawność, z jaką każdy artysta zaszufladkowany być może.
Znachor ten leczy doszczętnie publiczność z tęsknoty za sztuką, która jest jedna i niepodzielna, natomiast ukazuje jej szafeczkę z tysiącami przegródek, całkiem taką samą, jaką po aptekach widzimy, a na każdej przegródce wypisany jakiś „izm”.
W przeciągu trzydziestu lat figurowałem w następujących „izmach”: idealizm, realizm, naturalizm, weryzm, solipsyzm632, dekadentyzm, satanizm — podlegałem wpływom nocnych kawiarń w Berlinie, byłem mystagogiem i kapłanem przy czarnych mszach, wchłaniałem w siebie Strindberga, Nietzschego — ideologia moja wyrosła z szczepu niemieckich mistyków, Novalisa przede wszystkim.
O Jezu! Jezu, jaki Ci ja wdzięczny, żeś mnie doszczętnie wyprał z wszelkiej literackiej próżności — inaczej bym pewno dawno już ziemię gryzł albo przynajmniej boleśnie odcierpiał, jak on nieszczęsny Gerhart Hauptmann, który każdą nieprzychylną lub złośliwą krytykę odchorowywał.
Ale to jeszcze mało!
Między tymi zasadniczymi „izmami” są jeszcze tysiączne odcienia według zasady mieszaniny kolorów: kolory złożone lub podwójne; ponieważ można ułożyć kolor fioletowy z czerwonego i niebieskiego, dlaczegóż by nie można połączyć „nagą duszę” z satanizmem i priapizmem, rozszalałym w piekielnych orgiach płciowych — zielony kolor otrzymuje się z żółtego i niebieskiego, dostrzegamy to w prerafaelitycznej lubieżności, kąpiącej się w czystości Nazareńczyków — och, co za opętane wizje: