Nigdy nie starałem się dopędzać ostatniego ekspresu tak zwanego modernizmu, najczęściej wybiegała mu moja własna lokomotywa z zajadłą niemal niechęcią (jaka szkoda, że nienawidzić nie umiałem) naprzeciw, ale zawsze pozostawałem w bliskiej z nim styczności — a przecież ja dziesiątki „izmów” przeżyłem, ale trudno mi się pogodzić z triumfalnym pochodem, z jakim kołowacizna obłąkanych owiec w współczesne życie wkracza.

Wstrętnym mi jest to głupie: „nie tak in illo tempore bywało”, ale z tym samym niesmakiem, z jakim Nietzsche patrzył na pruską kulturę — to jedno obozowisko żołnierskie, złożone z ludzi, militarnym drylem i tresurą doszczętnie z mózgowych czynności wyzbytych — patrzę na tę z dnia na dzień coraz więcej kurczącą się umysłową kulturę w Polsce, przed niedawnym czasem jeszcze bogatą i zasobną, a dziś już prawie ubożuchną, bo wszechwładny sport i dansing tak ją w brzuch kopnął, że wywaliła się już nie na dwie, ale cztery łopatki.

Sportowi poświęca się po kilka stronic w każdym niemal piśmie — a dla rzeczy dotyczących sztuki znajdzie się zaledwie jakaś kolumna, kiepsko i nędznie redagowana, bo w naszym czasie jest jakiś międzynarodowy rekord sportowy stokroć razy ważniejszą rzeczą aniżeli pojawienie się istotnie wielkiego dzieła sztuki.

I gdyby się to na coś zdało!

Mogłoby się zdawać, że to jakiś stary tetryk ględzi. Gdzież tam! Nigdy więcej nie ukochałem młodzieży, jak w tym dorastającym pokoleniu, i żadną miarą nie mogę się pogodzić z tą myślą, że szósty krzyżyk pocznie mnie obarczać, ale lękam się dla Polski tego zamerykanizowania i tej mechanizacji młodzieńczych polskich sił, zbyt indywidualnych, by się nie miały popsować648 w tej uniformowej tresurze.

A dusza polska jest niezmiernie czuła i wrażliwa.

Raz przywiązałem do szyi psu szlachetnej rasy dzwonek, przywiązywany krowom, by się w lesie nie pogubiły. Pies był tą manipulacją całkiem sparaliżowany. Na odgłos dzwonka rozstawiał cudacznie nogi i nie umiał chodzić. A takim dzwonkiem dla duszy polskiej może się stać — a raczej już się staje: coraz raptowniejsze wybebeszywanie (jakby Ignacy Stanisław Witkiewicz649 powiedział) mięśni kosztem mózgu.

Kraków święcił wówczas swoje gody, bo nigdzie nie było można tak się wypowiedzieć, jak w tej w onym czasie rzeczywistej stolicy Polski, tej politycznie wprawdzie nieistniejącej Polski, ale wspaniałej urny popiołów, które przez długie lata miały się stać najżyźniejszą glebą, na której i wszerz, i w głąb rozrastała się bujnie rdzenna kultura Polski. I to nie mocą twórczych talentów, bo tych było mało, nawet bardzo mało w Krakowie, ale rozmachem młodego, nie twórczego Krakowa, mocą tego bujnego, młodzieńczego entuzjazmu, z jakim się do ostoi swych myśli i pragnień — do „Życia” odnosił.

Bo wśród twórców, bytujących w Krakowie, przerastał wszystkich Wyspiański.

Był tam Maciej Szukiewicz, ale talent jego był wątły, wprawdzie piękny, ale suchotniczą pięknością opadających liści jesiennych drzew; był Edward Leszczyński650 — bardzo wytworny parnasista; był Lucjan Rydel, ulubieniec profesora Tarnowskiego651, jedyny poeta po Asnyku, którego profesor uznawał — Kasprowicz dla niego nie istniał, co najwyżej jako bluźnierca i wywrotowiec; nadziejnie zapowiadał się młody Jerzy Żuławski, profesor jakiegoś gimnazjum w Krakowie.