Gdzieś w jakiejś stęchłej piwnicy pisał w bezustannym natchnionym transie Jan August Kisielewski652 swój zdumiewający dramat W sieci, który go tak wyczerpał, że już w Karykaturach i w Sonacie; dają się przykro odczuwać te tragiczne łamania się talentu, którego może tylko na ten jeden dramat: W sieci stać było.
Z Kisielewskim często się spotykałem, ale za każdym razem miałem wrażenie, że chodzi naokoło mnie jak kot wokół gorącej miski. Szukał gwałtownie dostępu do mej duszy — nieufny, niedowierzający, wahał się i łamał w stosunku do mnie. Może i jemu przelatywało przez głowę, że to jakiś „rewizor z Petersburga” do Krakowa zjechał, więc usilnie się starał wybadać, o ile jego podejrzenia się sprawdzą, by mi w danym razie maskę z twarzy zedrzeć i mnie w całej mojej nicości ukazać: ale wszystkie zakusy w tym kierunku widocznie go zawodziły, bo coraz ufniejszym wzrokiem na mnie patrzył, zwłaszcza gdym z niekłamaną radością powitał ten jego kapitalny dramat: W sieci. Z wolna począł mi dowierzać, ale powoli zrodziło się w jego duszy poczucie wyższości, a nawet pragnienie zaopiekowania się mną, bo według jego mniemania grzązłem coraz głębiej w „krakowskim bagienku”.
A rzadko kiedy byłem świadkiem tak bolesnej tragedii, jaką Kisielewski przeżywał. Piszę o nim obszerniej, bo był to, bądź co bądź, artysta zakrojony na wielką miarę, a zamierzenia jego głęboko sięgały.
W tych swoich trzech dramatach, z których W sieci znacznie przewyższa dwa pozostałe: Karykatury i Sonatę, dał nam Kisielewski idealny przekrój ówczesnej umysłowości, pragnień, szamotań się, niemocy i poronionych wysiłków tego młodego Krakowa, w którym i ja żyłem. Ile ja tych „szalonych Julek” widziałem naokoło, a ile tych Jurków, tego autoportretu Kisielewskiego, tylko bez jego talentu.
Teatr Bałuckiego z jego niesłychanie figlarnym, przeraźliwie głupim i tak przeraźliwie śmiesznym Krakowem, że wszystkie witkiewiczowskie „bebechy” się trzęsły od śmiechu na widok tych wszystkich panów radców i tych bajecznych „Fikalskich”, gdzieś się nagle zapodział, na widowni ukazał się nagle ten nowy, młody Kraków — ale jakiś bardzo smutny, posępny, prawie że tragiczny tą swoją wewnętrzną szarpaniną, jałową a bolesną tęsknotą za czymś wielkim, za życiem, w którym by można nadmiar kipiących, ale niestety nietwórczych sił wyładować, ten Kraków kiepskiego fin de siècle, lichego blichtru wiedeńskiej secesji i altenbergowskiego snobizmu, a równocześnie bohaterskich wysiłków, by się z „sieci” starego Krakowa wyzwolić.
Gdyby tak głębiej spojrzeć, to można by się jednak głęboko zamyślić nad tragicznym losem tych właśnie, którzy usiłowali Kraków odtworzyć: Bałucki poszedł na Błonia jakiegoś poranku i samobójczą śmiercią życie zakończył, a mózg Kisielewskiego, obłędem spowity, daremnie się wysilał w męczeńskiej, jałowej pracy, by wtargnąć w to życie, które mu się w dalekiej perspektywie majaczyło: padł na progu twórczości, która Bóg wie jak wielką przyszłość obiecywała.
Po długich, długich latach miałem go jeszcze spotkać krótko przed jego śmiercią w Monachium. Ale to już była doszczętna ruina i talentu, i człowieka, jakaś bolesna macabre, groteska, ale w całej swej śmieszności tak groźna, że aby ją odtworzyć, na to potrzeba byłoby jakiegoś Dostojewskiego.
A rzadko kiedy miałem przeżyć teatr, jako najoczywistszą rzeczywistość, jak na premierze tego dramatu: W sieci. Dyrektorem teatru krakowskiego był Tadeusz Pawlikowski — polski książę meiningeński, który całą swoją magnacką fortunę poświęcił teatrowi — a zdumiony jestem, że nie napotkałem jeszcze na żadną monografię tego wielkiego pana, któremu teatr polski ma niesłychanie dużo do zawdzięczenia. Odżałować nie mogę, że w Krakowie tak rzadko się z nim stykałem — za dużo było ludzi naokoło niego, którzy na nim żerowali — natomiast zbliżyliśmy się serdecznie do siebie we Lwowie, gdy już ostatkiem grosza gonił. Wspaniałym wystawieniem mego dramatu Odwieczna baśń pożegnał się ze Lwowem. Do samego dna duszy rozgoryczony, widział pewno w tym moim królu, który ciska swoją koronę z ciężką wzgardą motłochowi pod nogi — siebie samego, dlatego dał temu mojemu dramatowi tak wspaniałą oprawę.
W każdym calu pan, ale niezmiernie kapryśny, nieobliczalny w tym fatalnym poczuciu dystansu magnata do aktora, czego mimo wszelkich wysiłków zamaskować nie umiał, zdobył się jednakowoż na wielki czyn. Stworzył zespół aktorów najpierwszorzędniejszej wartości, na jaki tylko wielki magnat nieliczący się z pieniędzmi zdobyć się może.
Nie byłem nigdy żadnym melomanem teatru, rzadko do niego uczęszczałem i to tylko wtedy, gdym przeczuwał, że teatr dać mi coś może. Teatr niemiecki odrzucił mnie od siebie na setkę mil, bliższy był mi już teatr skandynawski z swoją wielką prostotą i naturalnością, ale teatr krakowski był dla mnie zdumieniem.