Z rozmaitych débacle657, jakich mnóstwo mnie w moim życiu spotykało, zdołałem uratować jedną relikwię — podarunek, który otrzymałem na imieniny, gdym miał lat piętnaście: Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare, wydanie ilustrowane, ozdobione 545 drzeworytami, rysunkami H.C. Solonsa, w przekładach Koźmiana, J. Paszkowskiego i L. Urlicha, pod redakcją J.I. Kraszewskiego (Warszawa 1875).
Zdaje się, że to to samo wydanie, o którym Boy w jednej z swoich recenzji z przedstawienia Szekspira prawie że z miłosnym roztkliwieniem opowiada. I z tą samą miłością biorę raz po raz jeden tom po drugim — a jest ich trzy — do ręki, a przed „oczyma mej duszy” przesuwają się te chłopięce niemal lata, kiedy zaszczepiałem miłość do Szekspira w duszy moich kolegów, rozdawałem między nich role i tak wspólnie go czytywaliśmy w wolnych popołudniowych godzinach.
I właśnie w tym czasie zjechała do Torunia, gdzie uczęszczałem do gimnazjum, jakaś niemiecka prowincjonalna trupa aktorska.
Chyłkiem, po kryjomu dostałem się do teatru za te parę marek, które mi rodzice na podróż do domu przysłali — było to krótko przed wielkanocnymi wakacjami — i odebrałem tak wstrząsające wrażenie, które mógłbym tylko porównać z tym ogromnym wstrząsem, jakiego doznał bohater noweli starego, węgierskiego pisarza Gynalysa — czytelnikom moim radzę przeczytać tę piękną nowelę: Opowiadanie komedianta, gdy się po raz pierwszy dostał do teatru. I ja wtedy po raz pierwszy ujrzałem scenę jako jakieś zdumiewające objawienie, a tak się złożyło, że w tym wędrującym teatrze grano Hamleta i Otella. Próżno bym się silił na odtworzenie — chociażby w drobnej części — tego olbrzymiego wrażenia, jakiegom doznał, gdym te dwa, w czytaniu doskonale znane mi dramaty, ujrzał na scenie! Majaczy mi się jakiś młody aktor, który te role odtwarzał — ale nie! to nie majaczenie: tak mi się wżarł w pamięć, że często widuję go jak na jawie: — nogi pode mną zadygotały, gdym go dzień potem ujrzał na ulicy, wydał mi się jakimś niedostępnym półbogiem, a musiał zauważyć moje wzruszenie, bo chwilę przystanął i obejrzał się za mną. Ten bezmiar szczęścia, jaki wtedy uczułem! I wtedy to postanowiłem zostać aktorem, ale zakusy w tym kierunku rychło mi z głowy wywietrzały — pozostało tylko silne poczucie sceny i tego wszystkiego, co z nią związane. Często zasię trapią mnie ciężkie sny, w których mam grać role w moich własnych dramatach. Budzę się wtedy w przerażeniu, bo jednego słowa nie pamiętam z żadnej roli, którą mi grać kazano.
Całkiem inne role były mi na scenie własnego życia wyznaczone, wobec których tragizm sceniczny mógłby się wydać niemal — farsą...
Wciąż i wciąż te dywagacje, ale w żaden sposób nie mogę ich uniknąć wobec tego ogromnego natłoku materiału, który mi pamięć rozsadza.
Pocieszam się tylko, że to, co zwykłego czytelnika znużyć może, stanie się ważne i ciekawe dla psychologa, który się rozgląda w ciemnej dżungli duszy twórczej — uniknie wtedy tych potwornych nieporozumień, jakie między moim tworem a społeczeństwem moi „krytycy” — oni jedynie — wywołali. A przecież tak łatwo było się porozumieć przy odrobinie dobrej woli.
Ale cóż?! Wszystkiemu na przeszkodzie stał ten straszliwy rozgłos naokoło mego nazwiska i to jego osławienie, które mnie do ostatniej rozpaczy doprowadziło.
To jedynie stało się przyczyną, żem niezadługo znalazł się w przykrym osamotnieniu.
Jakżeż można było dziwić się tej istotnej Młodej Polsce, jaką wtedy stanowili Żeromski, Tetmajer, Sieroszewski, Reymont, że nie chcieli figurować przy rydwanie, na jakim spoczywał „rewizor z Petersburga” — Przybyszewski? Paru tylko artystów było na to stać, by uśmiechać się na tę harlekinadę, jaka się wokół mnie odbywała, i zrozumieć całą powagę moich zamierzeń: Miriam, Lange, Kasprowicz.