Teraz dopiero: Incipit tragoedia.

Jaką głęboką i wnikliwą inteligencją musi rozporządzać ten wielki aktor — jedyny z tych wielkich, których poznałem, a któremu „myślenie” nie przeszkadza — Kazimierz Kamiński, gdy mi powiedział po przedstawieniu moich dramatów Dla szczęścia i Złote Runo: „To, co w tych dramatach dałeś, najwięcej zaciekawia mnie, żeś poprowadził ludzi na próg, poza którym rozpocznie się dopiero wściekła tragedia — a na tym progu pozostawiłeś ich dalszym losom. Włosy na głowie mi się jeżą z lęku, co poczną po zapadnięciu kurtyny w twoim Złotym runie Julka i Przecławski”.

Barbey d’Aurevilly zarzuca Edgarowi Poe, że niszczy cały niesamowity urok noweli Złoty skarabeusz — w której, jak rzadko w którejkolwiek innej, wywołuje niesłychane napięcie uwagi czytelnika — suchym wytłumaczeniem szyfrowanego pisma, które służy za podstawę, na jakiej ta zdumiewająca nowela zbudowaną została — i ma zupełną rację.

Jeżeli już Poemu chodziło o wytłumaczenie zagadki, to trzeba było to całkiem inaczej zrobić, aniżeli tym fatalnym zakończeniem, które staje się oschłą algebrą ścisłego rozumowania.

Caeterum censeo656: trzeba tam kończyć, gdzie coś straszniejszego ma się rozpocząć.

I znowu powracam do Ibsena — do tego wielkiego budowniczego — bygmester Solness, to tragiczny jego autoportret — i myślę właśnie o tym, jakie olbrzymie wrażenie zrobił na mnie jego dramat Upiory, to było moje pierwsze zetknięcie się z Ibsenem — a miałem podówczas 18 czy też 19 lat.

Zaproszony przez mego profesora rysunków w Wągrowcu — bardzo mi życzliwego i oddanego Neumana, do jego rodzinnej wsi poza Puckiem, opodal wybrzeża Bałtyku, udałem się w tę podróż, połączoną z znaczną mitręgą, bo ustawicznie trzeba się było przesiadać.

W Bydgoszczy musiałem czekać na pociąg do Gdańska dwie godziny, i na dworcu kupiłem sobie za 20 fenigów Ibsena Gespenster w niemieckim wydaniu Reclama. Podczas tej podróży, w której poznałem morze, poznałem Ibsena.

Wchłonąłem w siebie ten dramat, do dna mej duszy mną wstrząsnął, chociaż dokładnie nie mogłem sobie zdawać sprawy, o co w tym dramacie chodzi; ale dziwna rzecz, do dziś dnia całkiem dla mnie niepojęta budowa tego dramatu całkiem mnie nie zastanowiła, choć poonczas była niesłychaną rewelacją — potwierdziła tylko we mnie przeświadczenie, które już dawno w sobie nosiłem, że tak, a nie inaczej trzeba się zabrać do budowy dramatu. — Można powiedzieć o moim pierwszym dramacie Dla szczęścia cokolwiek kto zechce, ale budowa tego młodzieńczego pierwszego dramatu mojego zdumiewa mnie czasami — kiedy jestem odrobinę łaskaw na siebie samego — prostotą, logiką, niemal antyczną surowością.

Swoją drogą pokutowała we mnie Moira i Ananke Ajschylosa i Sofoklesa — raz po raz zagościł w mej duszy któryś z dramaturgów niemieckich: Grabbe, Kleist, Zacharias Werner, ale oni wszyscy budować nie umieli, a dziwne, że bezustannie wczytywałem się w Szekspira, podziwiałem go i ubóstwiałem niemal, ale żadnego śladu z niego na twórczości mej nie pozostało.