Nadeszła chwila, gdy Król-Duch, z królewskiego rodu Piastów się wywodzący, zapragnął wywieść najwięcej uciemiężaną, z bydłem roboczym zrównaną warstwę społeczeństwa do godności człowieczej — osłonił ją purpurowym płaszczem swego królewskiego majestatu, i stał mu się słupem ognia, który ma go z pustyni przeprowadzić do ziemi obiecanej.

Bez porównania mniejsza, ale w tym samym obrębie czynna misja została i duszy Orkana wyznaczona, a jak zbożnie i sumiennie spełniał Orkan tę swoją najcięższych ofiar wymagającą misję, dowodzi jego zsolidaryzowanie się z duszą chłopa podhalańskiego i tak głębokie wczucie i wżycie się w tę pierwotną, na wpół jeszcze dziką duszę, a przede wszystkim jego gorące umiłowanie tej duszy, że może nikt z współczesnych nie może się poszczycić tak do samego dna i trzewi sięgającą jej znajomością, jak właśnie Orkan.

Pisał raz Nietzsche do swego przyjaciela, barona von Stein (Genua, grudzień 1882 r.)

Powiedział mi raz Wagner, że piszę po łacinie, a nie po niemiecku. Jest to w zupełności prawdą... Z Niemcami mogę mieć jakieś współczucie, ale nic więcej. Spojrzyj Pan na moje nazwisko: moi przodkowie byli polskimi szlachcicami, a jeszcze matka mego dziadka była — Polką. Z tej półkrwi mojej zrobiłem sobie cnotę i pozwalam sobie mniemać, że o sztuce języka niemieckiego wiem daleko więcej, aniżeli to jest możliwym dla prawdziwego Niemca.

Otóż właśnie dla tego samego mógł Orkan wiedzieć więcej o chłopie aniżeli chłop sam — właśnie dlatego, że chłopem nie był. Znał, jak rzadko kto inny, psychologię chłopa, ale nim nie był. — Zbyt wielka kultura odgradzała od chłopa jednego z największych arystokratów Ducha — Kasprowicza, toteż rychło wziął z nimi rozbrat (zważyć należy, że Kasprowicz w głównej mierze miał do czynienia nie już z chłopstwem, które było na wymarciu — ale z tłumem proletariackim, od którego się uwolnił potężną apostrofą: „Byłeś mi kiedyś bożyszczem, o tłumie!”). Tetmajer stworzył przepiękną, rycerską i bohaterską Legendę Tatr „skalnego Podhala” — ale tam tylko gwara jest chłopska, a i ta obciągnięta grubym pokostem szlacheckiej kultury. — Może jedynym chłopem w pełni tego słowa znaczeniu był Reymont, chłop ucywilizowany — chłop z drugiej ręki, którego schłonęła wizja szlacheckiej epopei: Pana Tadeusza, i taką samą, tylko chłopską usiłował stworzyć, a jeżeli nie osiągnął zamierzonego celu, to tylko dlatego, że był istotnie sam chłopem. A znowu niczym nie wypełniona przepaść dzieliła Konopnicką od duszy chłopskiej, widzianej tylko z perspektywy szlacheckiego dworu, by mogła stworzyć w swoim Balcerze z Brazylii więcej — ideowo oczywiście więcej — nad to, czym Sienkiewicz rozrzewniał społeczeństwo u progu swej twórczości: ładnymi nowelami z życia „chłopskiego” (!!), stojącymi na tym samym poziomie, co Dorf- und Bauernnovellen niemieckiego Żyda Auerbacha676, i przewyższającymi te ostatnie li tylko o całe niebo — wyższym artyzmem.

I w tym samym stopniu, w jakim spełnił Orkan ponad wszelką miarę pokładane w nim nadzieje, zawiódł Jan Kleczyński677 — całkiem niepospolity talent, któremu niestety przedwcześnie prorokowałem bogatą przyszłość. Jeżeli o kimkolwiek przychodzi mi z wielkim trudem pisać, to właśnie o tym, który był i już na całe życie pozostanie jednym z tych rzadkich ludzi-twórców, którzy najbliżsi byli i są mojemu sercu. Trudno mi o nim pisać, ale żadną miarą nie mogę pominąć tego, który jako młodzieniec stworzył iście kapitalne rzeczy — może mnie miłość ku niemu zaślepiała, ale przez blisko ćwierć wieku miałem czas sądy moje poddać gruntownej rewizji — i zdumiony jestem, że na pierwociny tego niezwykłego talentu patrzę tymi samymi oczyma, jakimi patrzyłem na samym początku.

A może to moje powiedzenie, a raczej zarzut, że Kleczyński zawiódł, całkiem niesłuszny — może go tym krzywdzę?!

Przecież ja sam byłem zawsze wrogiem zbyt płodnych pisarzy, a właśnie ci twórcy, których najwięcej ukochałem, bardzo mało po sobie pozostawili.

Nie mogę oczywiście zestawiać z Kleczyńskim takich nazwisk, jak Rimbaud, który nie potrzebował więcej napisać nad ten jeden, wspaniały poemat: Le bateau ivre678, by się już po wszelkie czasy uwiecznić, lub Edgara Poe, którego Kruk pozostanie zdumiewającym cudem i objawieniem twórczej duszy, a La Sagesse Verlaine’a starczy jak najzupełniej, by nazwisku jego zapewnić nieśmiertelność.

Przypisy: